RETROMANIAK#9: THE GODFATHER

Wierzę w Electronic Arts. Pozwolili mi grać w wiele świetnych tytułów. Swój komputer wyposażyłem w gry tego studia. Dałem mu wolność, ale nauczyłem, że nie wolno hańbić dysku twardego.

Cofnijmy się wiec o lat jedenaście – a może nawet jeszcze dalej, do czasów przed II Wojną Światową. W odbudowującym się po globalnym konflikcie świecie, gdzie stare mafijne rody przejmowały interesy…

W świecie pełnym niepokoju, przemocy, a także walki o wielkie wpływy pieniężne i polityczne istnieli oni – rodzina Corleone z Donem Vito jako seniorem rodu, a tak raczej tak chciałby sądzić Mario Puzo. Amerykanin włoskiego pochodzenia, autor takich bestsellerów jak Ostatni Don czy Sześć Grobów do Monachium w 1969 roku wydał książkę, która stała się istnym przełomem w popkulturze, gdyż dotykała bardzo osobliwego tematu tabu: mafii. Studio Paramount widząc wielkie zainteresowanie lekturą, już trzy lata później przeniosło ją na ekrany kinowe. Reszta jest już historią, powstała kultowa marka, która stała się legendą całego przemysłu filmowego. W 2006 roku Electronic Arts, zapragnęło rzucić wyzwanie kolegom z Illusion Softwork, których Mafia: The City of Lost Heaven była idealną opowieścią o półświatku przestępczym rodem ze słonecznej Italii. A jak inaczej wygrywać walkę, niż poprzez wzór, na którym stereotyp włoskiego mafiozy został wybudowany? Czy się udało?

Zapraszam do tekstu.

Mam dla ciebie propozycję nie do odrzucenia

Pierwsze co rzuca nam się w oczy po dziewiczym spotkaniu z produkcją to klimat. Nominowana do Oscara muzyka, autentycznie odwzorowane postaci z filmu, stroje, ulice, a nawet auta z przełomu lat 40 i 50 budzą uznanie swoim wykonaniem. Sama filmowość gwarantowana jest tutaj przez studio Paramount, które w miarę swoich możliwości użyczyło tak dużej ilości licencji, jak tylko się dało. Na samym początku swojej podróży poprzez filmowe uniwersum, tworzymy postać mafioza, którym będziemy grali. Było to w swój sposób rewolucyjne – w popularnych grach sprzed dziesięciu lat to sami developerzy tworzyli nam postać albo dawali ją z poprzednio przygotowanej bazy. Tutaj jednak mogliśmy stworzyć bohatera według własnych preferencji.

Mój mafiozo, mój malutki, rośnij duży, okrąglutki

Pierwsze swoje spotkanie w grze mamy z ikoną filmu – samym Donem Corleone, który to zatrudni nas jako chłopaka od brudnej roboty. Jako pomoc w interesach rodu Corleone brać będziemy udział w najbardziej pamiętnych sekwencjach w filmie, jak też w naszym udziale będzie uczestnictwo w zdarzeniach zza kurtyny, które finalnie są bardzo istotne dla całej fabuły: przewieziemy Bossa Corleone do szpitala, po zamachu na jego życie, czy też to właśnie my będziemy stać za podłożeniem pewnej końskiej głowy.

Przychodzisz do mnie w dniu ślubu mojej córki i prosisz, bym grał na komputerze za pieniądze?

Do lepszych segmentów gry, oprócz misji fabularnych, należy także zdobywanie układów biznesowych z lokalnymi przedsiębiorcami, słowem – branie haraczu. Wiadomo, iż pieniądze w mafii to kwestia elementarna i gra nie jest w tym elemencie bierna; jako człowiek rodziny musimy przejmować jak najwięcej lokali/sklepów/kasyn w mieście, tak, aby powiększyć swoje wpływy i naturalnie, wpływy do budżetu. Niektórzy biznesmeni są zainteresowani współpracą, ale z innymi trzeba negocjować. Owe mediacje mają charakter zastraszenia, gdyż tak jak wiemy, każda propozycja jest nie do odrzucenia, żeby więc uzyskać to, czego chcemy, bijemy właściciela przybytku, strzelamy do klienteli, demolujemy lokal, słowem, tak, jak prowadziły i prowadzą interesy grupy przestępcze. W bonusie, od każdej transakcji dostajemy procent zysku z danego interesu. Coś jak prowizja od sprzedaży w call center.

Niepokorny przedsiębiorca vs. pieść pełna perswazji 0:1

 A mogło być tak pięknie…

Sandbox, pomimo wielkiego rozbudowania względem fabularnego miewał też swoje bolączki. Do pierwszych negatywów produkcji zaliczyć mogę wątek miłosny. W pewnym momencie fabuły poznajemy kuzynkę pewnego gangstera powiązanego z rodziną i już 2 godziny później dowiadujemy się, że ów Pani z nami mieszka. Ponadto, Paramount, chociaż robiło co, tylko mogło, w kilku kwestiach zawiodło. Postać Michaela Corleone, chociaż jest to bohater kluczowy dla fabuły, w grze została zmarginalizowana i przerysowana.

Problem dotyczył tego, iż sam odtwórca roli syna Dona Corleone – Al Pacino – zaangażowany był wówczas w grową adaptacje Scarface’a – Człowieka z Blizną i poprzez niedogadanie się z managerami, wytwórnią Universal, jak też z samym aktorem nie uzyskano jego licencji. Zamiast tego, postać Michaela wymodelowano tak, aby chociaż trochę przypominał swój rzeczywisty odpowiednik i podłożono inny dubbing. Z samą ścieżką dźwiękową też jest pewien problem; w momencie tworzenia gry zaproszono do studia samego Marlona Brando, aby nagrał swoje kwestie. Kłopoty zaczęły się jednak, w momencie odtworzenia nagrań, które były ledwo słyszalne i bardzo źle wykonane, gdyż Brando umierał. W momencie premiery gry nie było go już na świecie od 2 lat, wiec pomimo użyczenia jego wizerunku, głos został wymodelowany komputerowo.

Kolejny problem mankament to używanie broni i eksploracja miasta. Z jednej strony strzelanie jest bardzo dobre, z drugiej bardzo złe. Chwalić należy bardzo dobrą fizykę, jak też algorytmy, które sprawiły, iż mogliśmy wytrącić pistolet przeciwnika strzałem, jak też znokautować poprzez trafiania w kolana. I wszystko byłoby wybitnie dobre, gdyby nie celownik przed każdym strzałem, który czasami się mylił, a i tak rekomendował i upierał się w strzelaniu we wskazanym przez siebie momencie.

Paradoks strzelca – im lepsze strzelanie, tym gorsze

Co do samego Nowego Jorku, jest on dosyć wielki i sam nie wiem, czy nie za wielki. Nie oferuje on aż tylu rozrywek co chociażby Los Santos znane z GTA: San Andreas. Niby możemy iść zdobywać lokale, jeździć autem, jak też grać w karty w nielegalnych kasynach, ale nie odtrąca to nas od fabuły tak bardzo, jak inne dodatkowe atrakcje w produkcjach z otwartym światem.

Nawet nasz bohater nie wie, co robić

Podsumowanie

Gra jest bardzo dobra, pod kątem czerpania radości z przebywaniem w świecie rodem z filmu i z książki, przez co jest dosyć elitarna. Podchodzenie do niej, bez obejrzenia przynajmniej pierwszej części klasycznej produkcji Coppoli mija się z celem, gdyż każdy smaczek rodem z dzieła ze stacji Paramount przyjmujemy z wielkim uśmiechem. Ostatecznie, The Godfather niesłusznie wylądował na śmietniku historii. Słabsza kontynuacja, jak też wielka popularność innych sandboxów sprawiła, iż ten przegrał z konkurencją.

To nadal bardzo dobra gra, pełna mistrzowskiej fabuły, akcji, jak też wielu godzin rozrywki. Jeśli jesteś fanem książki Puzo i jej późniejszej kinowej adaptacji- ta gra to spełnienie wszystkich twoich marzeń, spotkasz tu mnóstwo smaczków, zmierzysz się ze scenariuszem napisanym przez samego Marka Winegardnera, czyli jakby nie patrzeć autora odpowiedzialnego za książkę Godfather Revenge, która jest bezpośrednią kontynuacją cyklu, jak też poczujesz i zrozumiesz klimat rozgrywki. Jeśli nie jesteś aż tak rozkochany, spotka Cię przygoda w naprawdę fajnie napisanym sandboxie, może nie będziesz mógł latać na jetpacku i terroryzować miasta jak CJ z serii GTA, ale jeśli szukasz czegoś poważniejszego, możesz się tutaj dobrze bawić.

Don Mateo

A imię moje 40 i 4.... witam w mojej kuchni, nazywam się Don Mateo i będę waszym podróżnikiem w czasie, który z mroków historii przypomni najlepsze/najbardziej pamiętne/najgorsze gry w historii, w moim małym kąciku o nazwie ,,Retromaniak".Na ekranach waszych monitorów, będę też widniał jako felietonista, więc nie regulujcie odbiorników. Prywatnie, jestem wielkim fanem rocka i metalu, studiuję dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim.