Battle Quest LARP 2017, czyli dlaczego warto iść się bić

Gry komputerowe nie są jedyną formą aktywności, która może spodobać się graczom jako takim. Przesiadywaliśmy długie godziny przed kolejnymi tytułami stworzonymi na komputery i konsole, część z nas miała też pewnie do czynienia z papierowym RPG – pozwalało ono na bycie nieco bliżej własnej postaci. Larpy jako takie są jednak czymś dużo większym i lepszym.

Opowiem wam dzisiaj o najlepszym larpie bitewnym w Polsce – o Battle Quest.

Sandbox w piachu, krwi i znoju

Zapewne nieraz widzieliście zdjęcia ludzi przebranych w imponujące stroje, uposażonych w lateksowe bezpieczne miecze, ludzi, którzy szli przez jakiś las po to, by potłuc ową gumową pałą innych ludzi. Kiedy tak się o tym myśli, wcale nie wygląda to imponująco, ale nic bardziej mylnego. Battle Quest 2017 w Nysie był znacznie ciekawszą i większą opowieścią.

Dla uproszczenia powiem, że mieliśmy do czynienia z dwoma obozami – Imperium i Norski/Chaosu. Kto grał w Warhammera, ten zapewne świetnie zdaje sobie sprawę z tego, do czego mogła taka potyczka prowadzić. Ja należałam do tileańskiej Compagnii di Farabutti, która postanowiła wesprzeć rzecz jasna tę bardziej cywilizowaną stronę konfliktu. A była to najbardziej radosna kompania na świecie – barwna, rozśpiewana, dowcipna. Było więc wesoło na kondotierską modłę. Ale pośród dramatis personae było znacznie więcej drużyn, kompanii i ugrupowań. Do każdej można było się dostać w pewnym momencie rekrutacji i każda w zasadzie miała coś fajnego ze sobą.

battle quest larp 2017 relacja
fot. Mikołaj Wicher

Żeby było jasne – w takiej drużynie zawsze znajdzie się dla kogoś miejsce. U nas byli więc i wojownicy i osoby, które zajmowały się obozem. Interakcja jednych z drugimi była naprawdę fantastyczna. Tak to po prostu się robi, uzupełnia jedno przez drugie. Mam autentyczny podziw zarówno do dziewczyny, która namalowała dla kompanii tarcze (i zrobiła to w taki sposób, że niejeden artysta czy rysownik poczułby ukłucie zazdrości), jak i dla tej, która przez bite trzy dni pilnowała, żebyśmy mieli co jeść: piekła mięso, robiła różnego rodzaju smakołyki (chyba zaczynam lubić oliwki), ale to przecież nie wszyscy. Zawsze znajdzie się ktoś, kto wciśnie ci w rękę miecz i powie, że idziemy się bić. Dla takich ludzi warto iść na koniec świata. Poszukaj własnej drużyny na Battle Questa – zrozumiesz. Bo przed wyruszeniem w drogę…

Proces wymyślania postaci dostosowuje się do obozu, do którego chce się należeć – wiadomo, że demonetka Slaanesha raczej nie będzie szyła butów w imperialnej kantynie. A później? Później robisz to, co twoim zdaniem twoja postać powinna zrobić w danym momencie, w imię jednej zasady: nie bądź dupkiem. Wierzcie mi, to najlepsza zasada na świecie. W tym roku, między innymi, między dziewczyną z naszej kompanii a kislevskim chłopakiem doszło do zaślubin. Nikt nie dał im karteczki z przykazaniem „macie wziąć ślub”. Wymyślili to sami i grało się to po prostu bardzo, bardzo dobrze.

Jak łatwo świętować na trupach wrogów

Żeby pojechać na larpa bitewnego, trzeba mieć świadomość kilku podstawowych rzeczy. Po pierwsze, kup hełm. Ja nie kupiłam i żałowałam – kiedy idą na siebie dwie armie, adrenalina skacze do bardzo wysokiego poziomu. To oznacza, że oberwanie lateksową halabardą w głowę będzie niezbyt przyjemne – i chociaż miałam wełniany, gruby beret, to i tak mi to dużo nie pomogło. To nie jest tak, że ktoś chce ci celowo zrobić krzywdę, człowiek traci po prostu kontrolę nad siłą ciosu, który wyprowadza. To się zdarza.

Druga sprawa to odpowiedni strój. Wbrew pozorom, wcale nie jest on taki drogi, można sobie taki zamówić na przykład tutaj. Do tego przyda się jakaś przeszywanica albo brygantyna – wcale nie trzeba kupować pełnej zbroi płytowej. To także nie są drogie rzeczy, często można dostać używane. Istotą sprawy są wygodne buty – czasami biega się kilka godzin i należy wtedy być mobilnym w stu procentach.

Trzecia sprawa to odpowiednie nastawienie. Tak, tę grę gra się po to, żeby wygrać, ale nie samemu. Jesteś częścią oddziału, większej całości, która wygra wtedy, kiedy wie, że może na sobie polegać. Jak pisałam wcześniej, dostanie się do oddziału to rzecz naprawdę prosta, a do tego bardzo przyjemna – otaczają cię ludzie, na których możesz liczyć.

Te emocje!

Różnica między larpem a grą komputerową jest taka, że larp pozwala ci odczuć na własnej skórze, czym jest przyjemność z walki czy swoiste zadowolenie z odgrywania postaci, którą jesteś. Battle Quest pozwala ci na to w stu procentach. To naprawdę świetnie przygotowane technicznie i fabularnie przedsięwzięcie, które rzuca cię w sam środek bitwy.

battle quest larp 2017 relacja
fot. Mikołaj Wicher

W tym roku główna potyczka odbyła się na wielkim polu. Zadanie drużyn było pozornie proste – dotrzeć z (konkretnym, nie przypadkowym) mieczem do sztandaru wroga. Efekt był taki, że co prawda siły Imperium dostały niesamowitego łupnia, ale jednemu oddziałowi udało się przedrzeć prosto do celu i w ten sposób przechylić szalę zwycięstwa na korzyść imperialnych. Wiktoria została jednak okupiona znacznymi stratami, ponieważ Norsmeni naprawdę dali nam popalić.

Komu mogę polecić Battlequesta? Każdemu! Żywię nadzieję, że odbędzie się on w przyszłym roku z jeszcze większym rozmachem. Organizatorom należą się ogromne brawa – stworzyli coś na miarę naszego lokalnego Drachenfestu, przy czym moim zdaniem, w o wiele lepszym klimacie.

Emilia Wyciślak

Polonistka, entuzjastka fantastyki, graczka RPG. W wolnym czasie, którego nie posiadam, pochłaniam dziesiątki książek, gier, filmów i seriali.