Zaśpiewajmy hymn do Bioware – przemyślenia na temat Anthem

Doczekaliśmy się wreszcie tego, co Bioware zapowiadało hucznie jako projekt Dylan (czyli Boba Dylana wśród gier). Ma być to coś nowego, świeżego, epickiego – coś, co rzuci nas na kolana i pokaże nam zupełnie nowy wymiar rozgrywki. A mogli po prostu zrobić dobrą Andromedę

Anthem udowadnia nam poniekąd, że firma ta nie wypowiedziała swojego ostatniego słowa. Podobno chcą oni przenieść rpg akcji na jeszcze wyższy poziom – zobaczymy.

Shingeki no Bioware

W pewnej krainie żyje sobie ludzkość, która jest oddzielona od reszty świata grubym, solidnym murem. Jest to dla nich jedyna forma ochrony, więc przyjmuję zakłady, kiedy upadnie – strzelam, że najdalej w drugiej trzeciej gry. Człowiek kontra nieznane, odgrodzony grubą warstwą surowca, która jest dla niego całym oparciem? Wszyscy to już widzieliśmy. Nasi główni bohaterowie to Wolni Strzelcy, czyli Dzielni Zwiadowcy, Którzy Mają Odwagę Ruszyć W Nieznane. Tak, to też już widzieliśmy. W postmodernizmie wszystko zostało już opowiedziane, więc nie mam pretensji, że występuje pewna powtarzalność… zwłaszcza, że taka „Gra o tron” sprzedaje się świetnie, podobnie jak wzmiankowany już „Atak tytanów”. Ludzie lubią zagłębiać się w takie historie – opowieści o dzielnych bohaterach, których od rychłej śmierci chroni tylko jakaś określona bariera. To wątek, który lubimy, bo tkwi gdzieś w naszej historii – już od momentu, kiedy powstał Mur Hadriana czy Wielki Mur Chiński musieliśmy zdawać sobie sprawę z zagrożeń przed „dzikim”.

Dobrze, że Drew Karpyshyn pojawił się znowu na scenie i pokazuje, na co go stać. Będziemy czekać.

Znajoma mechanika

Wielki, otwarty świat Anthem przypomina nam po cichu, że rację miało nieco skarżące się studio z Montrealu, które uważało, że główna siedziba Bioware podkrada im pomysły. Już z samego gameplayu widzę na wprost rzucone dwa motywy z Andromedy – kombinezony z określonymi profilami (Ryder sobie je po prostu przełączał) i nieco udoskonalonego jetpacka. Jasne, grafika jest dużo ładniejsza – to już na plus, a w dodatku dostajemy fantastyczną możliwość nowego, bardzo immersyjnego grania ze znajomymi. Muszę przyznać, że widzę to bardzo na plus – choć mam też nadzieję, że single player nie będzie przez to mocno okrojony. Ale zobaczymy – pod tym względem jeszcze dość niewiele wiadomo.

Oczywiście, Anthem jest ewidentnie nastawione na eksplorację. Coś mi się wydaje, że Bioware postanowiło stworzyć nie jedną, ale dwie gry z bardzo podobnym założeniem. Zapewne w Montrealu ludzie wyją pod księżyc ze złości.

Czego nie chcemy od tej gry

Na pewno nikt nie chce, aby została przy niej powtórzona ta sama historia, co z Andromedą – to znaczy, że jeśli mamy ruszyć w wielki, otwarty świat, to niechże Bioware porządnie się przygotuje. Na razie prezentowane elementy grafiki czy samej rozgrywki wyglądają miodnie, ale z czasem może się okazać, że będzie zupełnie inaczej. Póki co, dostaliśmy bardzo ludzkie i interesujące twarze bohaterów, które zmieniają się zależnie od okoliczności…

Na pewno postawili sobie bardzo wysoko poprzeczkę – a doświadczenia z poprzedniej ich gry wskazują na to, że jeszcze nie do końca sami radzą sobie z silnikiem Frostbite. Widać natomiast, że pod względem mechanicznym gra będzie naprawdę niezwykle zaawansowana… i właśnie dlatego może popłynąć w pewnych momentach.

Gracze zaufania do firmy już nie mają. Kładzie się na tym głównie cień Mass Effect 3, ale też poniekąd pokrojenia na kawałki fabuły Inkwizycji czy pierwszych zawodów związanych z Andromedą. Musimy więć uzbroić się w cierpliwość.

Wiemy też, że Anthem pojawi się gdzieś pomiędzy kwietniem 2018 a marcem 2019. Bioware ma więc dużo czasu na dopieszczenie swojego nowego opus magnum… oby nie zawiedli.

Emilia Wyciślak

Polonistka, entuzjastka fantastyki, graczka RPG. W wolnym czasie, którego nie posiadam, pochłaniam dziesiątki książek, gier, filmów i seriali.