FILMOGRANIE #2 – PIXELS

„Nie oceniaj książki, po okładce”- jak brzmi stare, polskie porzekadło. Pod dzisiejszy film podchodziłem z dużą dozą rezerwy, jak też obawami, że recenzja, którą czytacie będzie atakiem, na szczęście myliłem się… no może nie do końca, ale o tym przeczytacie w tekście poniżej, na który was zapraszam. (Tekst może zawierać lekkie spoilery).

BACK TO THE FUTURE

„Piksele” zaczynają się w 1982 roku. Były to lata klasycznych gier arkadowych, w jakie miałem okazje sam grać w Muzeum Gier Komputerowych w Berlinie. Takie tytuły jak Pac-Man, Arkanoid, Space Invaders, czy Donkey Kong były wtedy u szczytu swojej popularności. Tutaj też poznajemy głównego bohatera naszej opowieści – Brennera, który staje się naprawdę wybitnym graczem konsolowym. Jego przyjaciel — Cooper, namawia go na udział w pierwszych Mistrzostwach Świata w Elektronicznej Rozgrywce. Jedną z atrakcji tego konwentu jest wysłanie w przestrzeń kosmiczną dyskietki z najpopularniejszymi wtedy grami, w celu nawiązania kontaktu. Naszemu bohaterowi idzie wybitnie, aż do rundy finałowej, w której zostaje pokonany przez Eddiego, granego przez niezłego w tej roli Petera Dinklange’a, znanego przede wszystkim z „Gry o Tron”. Jego kariera gracza załamuje się wtedy i na 25 lat od tego wydarzenia jest monterem sprzętu RTV — AGD. Nadal jednak przyjaźni się z Cooperem, który został prezydentem USA. Jako jeden z najważniejszych ludzi na świecie, przyjaciel Brennera dostaje wiadomość o ataku obcych, którzy wysłaną ćwierć wieku wcześniej dyskietkę, traktują jako deklaracje wojny. Bronią, do unicestwienia jest technologia, którą dostali od Ziemian i kopiując ją, zsyłają na naszą planetę postaci znane z salonów gier.

Pytanie konkursowe – Jaką grą inspirowany jest statek przybyszów z obcej planety?

Tutaj zatrzymajmy się na chwilę. O ile w różnych filmach w kategorii Sci-Fi, czy dziełach katastroficznych autorzy przedstawiają nam motywacje Obcych i starają nam się wykreować ich jako zło największe, które chce przeznaczyć rodzaj ludzki na niewolnika, o tyle autorzy Pixels nie robią z faktem NIC. Przez cały czas trwania filmu ani razu nie jesteśmy w stanie wyczaić czemu, o wiele bardziej zaawansowana technicznie cywilizacja pragnie pochłonąć naszą, w dodatku zapraszając Ziemian do udziału w grach, w których mogą bez większego problemu wygrać. W dodatku dają planecie i jej mieszkańcom trzy szanse, jest to dosyć ryzykowne zagranie, które może zakończyć się przegraną łaknącej ekspansji na Ziemi innej rasy. (SPOILER) No i niech nikt, nie będzie zdziwiony, że się właśnie w ten sposób kończy. (Koniec SPOILERA)

Drużyna nerdów, która uratowała oblicze Ziemi – tej Ziemi.

Film jest typową komedią familijną niczym mniej niczym więcej. Jest to pozycja idealna do pójścia do kina z młodszym rodzeństwem/ małymi dziećmi, które jeszcze nie do końca łączą logiczne wątki opowieści, ale zachwycają się warstwą wizualną, która w tym filmie jest na naprawdę dość wysokim poziomie. Wracając jednak do samej fabuły, ma ona jeszcze jeden, duży mankament – po mniej więcej 15 minutach, już wiemy, jak się skończy i wiemy, że całość dąży do happy-endu. Nie jest to jednak do końca złe, bo dzieło Chrisa Columbusa (mistrza formy kina familijnego- reżysera m.in. wszystkich „Kevinów” i dwóch, pierwszych części „Harry’ego Pottera”, jak też był nominowany do Oscara za „Służące”) nie traktuje samego siebie, jako poważnego i ambitnego utworu. Tutaj liczy się głównie rozrywka, efekty wizualne, jak też nieskomplikowany humor i równie prosta fabuła.

Przejdźmy więc do aktorów zaangażowanych w „Piksele”. W głównej roli wspomnianego Brennera wcielił się Adam Sandler. Jest to postać znana z uczestnictwa w komediach niskich lotów albo familijnych tworach. Niemniej, jest to osoba, która zawsze, zamiast przyciągać mnie do dzieła kinematografii, stanowczo od niego odpychała. Aktor ten zbudował sobie bowiem opinie aktora kojarzonego z filmami niskich lotów i widocznie, patrząc na jego CV, nie zamierza z tego wychodzić. Jedynym wyjątkiem w jego karierze był tytuł „Zabić Wspomnienia”, ale ogólnie rzecz biorąc nawet niezłą rolą tam, nie był w stanie zdjąć z siebie tej łatki. Jeśli wiec widzieliście jakikolwiek komediowy wyczyn Sandlera, to nie będziecie zdziwieni. Niektórych ten styl uprawiania zawodu komedianta bawi, mnie jednak niezbyt.

Jeśli chodzi o aktorów drugoplanowych, tutaj też raczej przeważać będą osoby, które mają dużą aktywność w filmach z rodzaju tych śmiesznych. Josh Gad (znany z „Jobsa”, gdzie grał Steve’a Wozniaka, czy z nowej, Disnejowskiej adaptacji „Pięknej i Bestii” ), tak też Michelle Monaghan, czy Kevin James to artyści, których reżyserowie często widzą w zabawnych kreacjach. Bardziej intrygujący może się okazać nasz ukochany Tyrion Lannister, którego postać jednak napisana jest tak sobie. Niby to on jest sprawcą największego plot-twista w fabule, lecz wielkim problemem jest to, że to i tak nic nie daje samym wydarzeniom na ekranie.
Nie mogę jednak powiedzieć, że któryś z aktorów zirytował mnie swoją grą. Ot, wykonane poprawnie rzemiosło, które nie wymagało dużego starania. Owszem, kwestie bohaterów są czasami żenujące, ale w tego rodzaju filmach, nie powinno to ani dziwić, ani peszyć. Nie gra aktorska jednak jest głównym daniem tej produkcji.

,,Więc chodź, pomaluj mi świat”

Najcieplej i najgoręcej wypowiedzieć się mogę o efektach wizualnych i sportretowaniu gier w tym obrazie. Aranżacje przestrzenne takich tytułów jak Donkey Kong, czy Pac Man, podobały mi się bardzo mocno. Materiał źródłowy w postaci starych gier nie był jakoś wymagający w interpretacji, więc ciężko było tutaj coś zepsuć, ale i tak wymyślenie sceny, w której gra w Pac Mana sprowadza się do pościgu ulicznego, w której to nasza żółta, słynna kropka jest tym złym, budzi mój dozgonny szacunek. Efekty specjalne to absolutny gwarant szerokiego uśmiechu na twarzy każdego miłośnika kina akcji – jest szybko, intensywnie, kolorowo. Może i brakuje brutalności, ale pamiętajmy, że film adresowany jest dla rodzin i dzieci, które miały wytrzeszczać oczy wpatrzone w (najlepiej) trójwymiarowy obraz. Samo oddanie epoki też jest świetne, a zaproszenie do produkcji Tōru Iwataniego, czyli legendy branży growej- ojca m.in. Pac Mana to bardzo dyskretne, ale miłe mrugnięcie okiem do fanów starych gier. W filmie znajdziemy także świetnie oddane lata 80. z klimatem automatów do gier, wszędzie pojawiającego się loga Atari, Namco i Nintendo, czyli ówczesnych największych branży, co budzi moje, pana z działu retro, łzy szczęścia.

Pierwszy i ostatni moment w życiu, kiedy chcemy unicestwienia sympatycznej, żółtej kulki

PODSUMOWANIE

Gdybym był około 10, 12 lat młodszy, to Piksele, nieironicznie byłyby jednym z moich ulubionych filmów. Im jednak jestem starszym i poważniejszym odbiorcą kultury, to zauważam duże, logiczne braki, jakie on prezentuje. Pomimo iż bawiłem się bardzo dobrze na scenach związanych z grami komputerowymi, o tyle reszta produkcji wymagałaby poprawy w wielu kwestiach. Film szanuje także, za próbę pokazania dzieciakom, jak bawili się ich ojcowie. Jest to cenne, gdyż młodsi gracze często nie kojarzą już legend sprzed lat, które w dużej ilości, niestety, jako marki upadły. Miłe kino familijne, słabe do traktowania tego na poważnie. Nie bawiłem się źle i myślę, że jestem w stanie polecić na wspólny, rodzinny seans z najmłodszymi. Jeśli jednak jesteś starszy i sam chciałbyś sprawdzić, jak to kiedyś w tych starych czasach było, to zagraj w kilka klasycznych tytułów, gdyż tutaj możesz się poczuć trochę rozczarowany.

I to tyle na dziś Moi Drodzy, w kolejnym Filmograniu widzimy się za dwa tygodnie, już teraz zapraszam was do lektury innych tekstów moich kolegów i koleżanek, zajrzenia na naszego Facebooka i YouTube’a.

Don Mateo

A imię moje 40 i 4.... witam w mojej kuchni, nazywam się Don Mateo i będę waszym podróżnikiem w czasie, który z mroków historii przypomni najlepsze/najbardziej pamiętne/najgorsze gry w historii, w moim małym kąciku o nazwie ,,Retromaniak".Na ekranach waszych monitorów, będę też widniał jako felietonista, więc nie regulujcie odbiorników. Prywatnie, jestem wielkim fanem rocka i metalu, studiuję dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim.