
RETROMANIAK #150: Gry retro, które warto ograć w tym roku!
Jako że doczekaliśmy już 150. odcinka RETROMANIAKA, chcieliśmy zrobić dla Was coś innego niż zwykle. Razem z kolegami z redakcji przygotowałem listę propozycji kilku świetnych gier retro, które warto odświeżyć sobie w tym roku!
Możecie też zapoznać się z nimi, jeśli nie mieliście jeszcze takiej okazji!
Osobiście uważam, że do starych gier należy powracać cyklicznie – tylko w ten sposób będziemy w stanie dalej cieszyć się ich urokiem, mimo oczywistych ograniczeń sprzętowych z tamtych lat, leciwej rozgrywki czy paskudnej oprawy graficznej. Nie wiem, czy wy też tak macie, ale ja czuję zupełnie co innego podczas ogrywania staroci, niż gdy bawię się z nowymi grami. Może robię się zrzędliwy na starość i współczesne produkcje po prostu nie cieszą mnie jak dawniej, a może to kwestia tego, jaka jest ich ogólna jakość. Tak czy inaczej, lubię vibe starych gierek, który przypomina mi błogie czasy młodości. Ale żeby to poczuć, trzeba do tych gier zaglądać od czasu do czasu – długie, wieloletnie przerwy nie sprzyjają dobrej zabawie! Dzisiaj przygotowaliśmy kilka mniej lub bardziej star(sz)ych gier wartych przypomnienia. Tak czy inaczej, koniec owijania – jazda z RETRO tytułami!
Łukasz „Szepsky” Szczepański — recenzent i główny autor na YouTubie
Jeżeli chodzi o gry retro, to można powiedzieć, że jestem „jaroszem” – uwielbiam wracać do starszych tytułów, choć nie aspiruję do miana eksperta od oldschoolu. Dla mnie powrót do klasyki to przede wszystkim nostalgiczna podróż w przeszłość, dlatego trudno mi wskazać tylko jedną ulubioną pozycję. Jednak grą, do której wracam w pierwszej kolejności – i którą śmiało można już nazwać retro – jest Devil May Cry 3: Dante’s Awakening z konsoli PlayStation 2. Oddałbym wiele, by móc zapomnieć o tej produkcji (a nawet o całej serii) tylko po to, aby przeżyć tę przygodę raz jeszcze, z czystą kartą. Lata temu napisałem nawet artykuł, w którym przybliżyłem historię i moją fascynację uniwersum DMC.
Początek drogi białowłosego łowcy
Trzecia odsłona stanowi prequel opowieści o Dantem. Poznajemy go na samym początku drogi, gdy dopiero otwiera swój biznes. Jak można się domyślić, sprawy szybko się komplikują. Po wizycie tajemniczego Arkhama, Dante zostaje zaatakowany przez hordy potworów, a w centrum miasta z podziemi wyrasta mroczna wieża: Temen-ni-gru. Wraz z nią okolicę zalewa armia demonów. Nasz bohater, chcąc nie chcąc, musi przywdziać swój ikoniczny czerwony płaszcz i pozbyć się „nieautoryzowanej budowli” oraz nieproszonych gości. Po drodze spotykamy plejadę wyrazistych postaci: piękną Lady, dzierżącą bazookę z bagnetem, zagadkowego Jestera oraz charyzmatycznego Vergila – brata bliźniaka głównego bohatera.

Dlaczego to wciąż działa? Gęsty klimat, efekciarski system walki, zagadki w stylu starego Resident Evil (w końcu Devil May Cry to ten „fajniejszy kuzyn” serii RE) oraz obłędna ścieżka dźwiękowa sprawiają, że dla mnie jest to najlepsza gra na PlayStation 2. Czy warto wrócić do tego tytułu w 2026 roku, po dwudziestu latach od premiery? Jak najbardziej! Kilka lat temu otrzymaliśmy zremasterowaną trylogię (o drugiej części, z litości, nie wspomnę), która jest dostępna niemal na każdą nowoczesną platformę.
Generalnie „trójeczka” zestarzała się jak dobre wino. Owszem, graficznie może trącić myszką, ale pełny bukiet smaków odkrywamy w momencie, gdy przejmujemy kontrolę nad postacią i wpadamy w wir walki.
CAPCOMie, nie każ nam dłużej czekać! — prosimy o Devil May Cry 6…
Rembus — z-ca redaktora prowadzącego
Gdy zostałem poproszony o polecenie starszej gry, w którą w tym roku warto ograć, wpierw chciałem odmówić. Nie grywam w retro/vintage, wszakże dopiero parę lat temu pierwszy raz zagrałem w Gothica, a takie „skoki w bok”, jak kultowe tytuły z ery PS2, mam za sobą. Nie po to wyciągam Steam Decka, by przypomnieć sobie, jak gry z PSP świetnie wyglądały u kolegi z podstawówki. Powyższe słowa zweryfikowało jednak w brutalny sposób podsumowanie roku Steam. Otóż okazało się, że całe lato ogrywałem praktycznie tylko jeden tytuł. Jest nim The Lord of the Rings Online.
Choć MMORPG bardzo lubię, wolę trzymać się od nich z dala. Wciągają tak bardzo, że później wstaję rano z podkrążonymi oczami. Do LotRO podchodziłem wielokrotnie, jednak często staroszkolne mechaniki mnie odstraszały. Nie da się ukryć, że jest to już gra stara, bardzo powolna, niekiedy wymagająca i powtarzalna, a system walki sprowadza się do statycznego kolejkowania skillów. Nie uważam jej nawet za najlepszego reprezentanta gatunku! Co takiego jednak przykuło mnie na tyle czasu?
LotR Online to przede wszystkim gra eksploracyjna, będąca przygodą, jaką trudno znaleźć w innych tego typu produkcjach. Świat jest olbrzymi, a my podróżujemy po nim powoli, wykonując po drodze tonę questów i poznając kultowe miejscówki oraz postaci z książek. Twórcy postawili na niesamowitą atmosferę, do dziś dającą radę grafikę i niezłą muzykę. Brakuje tu co prawda dubbingu, ale tym niemniej fabułę śledzi się z przyjemnością (dodatków wypuszczono co niemiara, a większość jest rozdawana za darmo co roku!). Dużą zaletą gry jest również jej społeczność – LotRO jest po części role-playem; normalnym widokiem są wirtualne śluby czy koncerty. Przez swoją podróż spotkałem naprawdę wiele miłych i pomocnych osób. Nie wszystkie zadania można wykonać solo, ale jest ich stosunkowo niewiele.

Wadą produktu jest na pewno staroszkolny system RPG, pełen absurdalnie szczegółowych opisów, statystyk i efektów. Narzekać mógłbym też na powtarzalne questy, ale w moim przypadku – gdy w tle puszczam jakiś podcast – mniejsza złożoność dobrze robi na relaks. Pomimo, że to gra F2P, mogą denerwować limity dla niepłacących: szczególnie zablokowane szybkie podróże. Swoją drogą, nie widzę opcji grania inną klasą niż Hunter lub Warden, którzy mają teleporty do odwiedzanych krain, a do tego są bardzo zwinnymi postaciami. Taki urok powolnych gier. A jaki jest aktualny stan produktu? Wciąż stabilny, cały czas powstają dodatki, a graczy nie brakuje (podczas jednej z aktualizacji nie mogłem nawet wejść do gry przez przepełnione serwery!). I może właśnie dlatego tak mnie Lord of the Rings Online wciągnął.
Jestem fanem uniwersum Tolkiena, to prawda, ale gra robi wiele rzeczy, których w dzisiejszych tytułach nie dostaniecie: obietnicę przygody, fabułę pełną zwrotów akcji i ciekawych postaci oraz ogromny świat, który chce się poznać. Takie lokacje jak Helmowy Jar czy Isengard nie zobaczysz nawet po 200 godzinach, więc masz zawsze przed sobą cel i do niego dążysz – swoim tempem, bez patrzenia na metę i bez grindu. Nie wiem, czy mój kolejny powrót do Śródziemia wciągnie mnie równie mocno, ale nie będzie to na pewno czas zmarnowany. 🙂
PS Z braku czasu antenowego o reszcie tytułów jeno krótko wspomnę:
- Star Wars: The Old Republic i Secret World Legends – świetne MMORPG-i. Pierwszy powala zawartością (każda klasa ma inną fabułę, nie wspominając o dwóch stronach Mocy!), świetną muzyką wraz z pełnym voice-overem i duchem Gwiezdnych Wojen. Drugi wyróżnia się niecodziennymi mechanikami oraz mrocznym klimatem z niezłą fabułą. Niekoniecznie retro, ale dziś już coraz mniej ogrywane. Całkiem przyzwoite jest również DC Universe Online oraz Final Fantasy XIV Online.
- trylogia Sly Cooper – niestety zapomniane przez SONY rewelacyjne platformówki.
- Kroniki Myrtany: Archolos 2.0 – w tym roku wychodzi duża aktualizacja. Najlepsza modyfikacja, w którą grałem.
- Entropy: Zero 1+2 – najlepsze moim zdaniem mody do Half-Life’a 2.
DatMefju — autor tekstów
Gdy zostałem poproszony o współudział w niniejszej publikacji, zgodziłem się. Jednak następnego dnia dostałem zwiechy… W jakie ja retro gry grałem w ubiegłym roku? Pogadałem trochę z Michałem i zburzył mi światopogląd — jak to Need For Speed: Most Wanted (2005) jest retro? Gothic to też już jest retro? Ale, ale… Ja grałem w to po raz pierwszy nie tak dawno temu, mając 7 czy 8 lat… Czekaj, to już dwadzieścia lat minęło od tamtej pory!? JA SIĘ NIE ZGADZAM! NIE JESTEM STARY, N I E J E S T E M S T A R Y …
Zacząłem się zastanawiać – a The Elder Scrolls IV: Oblivion – Remastered można podciągnąć pod retro? Przecież to dosłownie ta sama gra co dwadzieścia lat temu, tyle że z ładniejszą graficzką. Chociaż oryginał przeszedłem tuż przed remasterem. Kurczę, Gothic 3 też już się do retro zalicza? On również jest z 2006 roku! Mefju, starczy, nie myśl o tym więcej, bo popadniesz w otchłań szaleństwa…

Ekhem, o czym to ja mówiłem? Aaaaa, tak. W co takiego RETRO i OLDSCHOOL grywałem w ubiegłym roku. Moją tradycją jest coroczne przejście trylogii Gothica, wszyscy ze środowiska doskonale wiedzą, że Gothic 3: Zmierzch Bogów oraz Arcania nie istnieją i są po prostu snem paranoika z 40-stopniową gorączką – i nic tego nie zmieni. Wróciłem do najlepszej odsłony Need For Speeda i nikt nie sprawi, że uznam, iż jest coś lepszego od oryginalnego Most Wanted. Mogę zgodzić się z fanami Underground 2, że też był bardzo dobry, ale MW wprowadził mechaniki wręcz kultowe. A Carbon, będący kontynuacją tamtego, do mnie nie trafił z powodu nacisku na wojny gangów o dzielnice. Zahaczyłem też o Postala 2, a w końcu muszę przejść “czwóreczkę”, bo gra wyszła z early accessu już kupę czasu temu, a ja nie miałem czasu, by ją ruszyć. Mogliby dodać dubbing polski jak w dwójeczce – to już byłbym całkowicie usatysfakcjonowany!
Jeśli chodzi o tytuły spoza PC, to w maju ubiegłego roku kupiłem sobie PSP i ogrywałem ówczesne God of Wary – ach, jakże piękny był ich polski dubbing! Ruszyłem też trylogię Pataponów, jak również Personę 3, chociaż te tytuły aż tak retro to jeszcze nie są. A przynajmniej tak sobie wmawiam.
Przemysław Bednarski — główny korektor
„Nie można mieć wszystkiego” – przekonałem się o tym boleśnie w III kwartale zeszłego (2025) roku, kiedy to wreszcie, bo po dziesięciu latach, zmieniłem komputer. Wraz z nowym sprzętem przesiadłem się na nowocześniejszą platformę również w znaczeniu programowym: otóż siódemka została zamieniona na dziesiątkę! Tak, dokonałem tej decyzji pomimo doskonałej świadomości tego, że już na październik Microsoft przewidział koniec wsparcia dla Windowsa 10*! Mimo wszystko nie żałuję wyboru OS-u, bo raz, ile można siedzieć na jednym systemie; dwa, korzystanie z Win7 w drugiej połowie trzeciej dekady XXI wieku było już jednak trochę ryzykowne pod kątem bezpieczeństwa w sieci; i trzy: zyskałem wsparcie/obsługę nowocześniejszych programów i gier!
Niestety wraz z tym ostatnim przyszedł całkowity brak kompatybilności z częścią starych elektronicznych tytułów. Moim chyba dotąd największym zawodem/rozczarowaniem okazały się daremne, nieskuteczne próby uruchomienia GTA 2 na okienkach z 2015 roku. Ta najlepsza, najcenniejsza** odsłona Grand Theft Auto, która jeszcze względnie działała na Windowsie 7, tak teraz okazała się [kompletnie] nie do ruszenia! Ale od czego są modderzy? – fanowskich prób ożywienia drugiego GTA na współczesnych maszynach i systemach było kilka, ale jak dotąd najbardziej obiecującą i cieszącą się największą popularnością wśród graczy jest projekt użytkownika o ksywce „vike”, jawiący się jako nieoficjalny patch do gry Rockstara, o ostatnim numerze 11.44. Tak oto i ja zacząłem korzystać z owych owocnych prac – i u mnie działa wszystko jak należy: hula, śmiga, że aż miło!
Potrzebne pliki – a właściwie plik, bo patch został już spakowany razem z całą grą*** i skompilowany do postaci samoistnego instalatora – pobierzecie ze strony GTAMP.com | A gdybyście chcieli spróbować swych sił w multiplayerze (tak, przed Erą (Uniwersum) 3D produkty z serii Grand Theft Auto zawierały grę wieloosobową), to stosowne narzędzia/instrukcje znajdziecie na tej samej stronie WWW.
Drugim tytułem retro, do którego lubię wracać regularnie – i który na szczęście lubi się z Windowsem 10/11 – jest Return to Castle Wolfenstein. Kampanię fabularną cenię i do dziś jest dla mnie ona ważna, kształtując wówczas (dwadzieścia cztery lata temu) moje zainteresowania; ale to w trybie multiplayer od dłuższego czasu częściej przesiaduję. Tak, zgadza się – nie w równie kultowym (a na pewno popularniejszym) Enemy Territory, lecz podstawce z 2001 roku. Oczywiście samodzielny dodatek wieloosobowy i jego dorobek, wpływ na sieciowe FPS-y doceniam, ale to od oryginalnego RtCW zaczynałem swoją przygodę z grami pecetowymi i jakoś tak bardziej jestem związany z tą częścią niż innymi Wolfami. A multiplayer w 2026 roku? Jak najbardziej żyje! I żeby było śmieszniej, nie musicie pobierać żadnych nieoficjalnych łatek, fiksów czy modyfikacji, wystarczy zainstalować grę z płyty**** i uruchomić plik WolfMP.exe – fanowski serwer (serwery) powinien (powinny) zostać wykryte automatycznie.

À propos retro produkcji – oraz tego, dlaczego nie poświęcałem Testerowi ostatnio tak dużo czasu: otóż przez rok byłem zajęty pisaniem popularnonaukowej książki z zakresu kultury, która porusza zagadnienie m.in. gier wideo, w tym prawdziwych klasyków! Jeżeli jesteście ciekawi, odsyłam na swojego bloga oraz swoje media społecznościowe #Bednarski gdzie uzyskacie więcej informacji oraz możecie wesprzeć moją działalność – w tym finansowo, bo… książka, choć już dawno skończona, wciąż szuka wydawnictwa — lub dobrej duszyczki, która byłaby gotów wspomóc mnie w ewentualnym self-publishingu. 😉
*Ostatecznie i tak przedłużył o 365 dni dla wszystkich chętnych w ramach tzw. ESU (Extended Support Updates, rozszerzonych aktualizacji zabezpieczeń).
**W moich wspomnieniach, w moim sercu.
***Co prawda bez muzyki (w tym radia) i filmowego intra, ale one nie są konieczne do dobrej zabawy!
****Nie wiem, jak w przypadku wydań cyfrowych, takich jak Steam czy GOG. Ja testowałem wydania CD (pudełkowe) zarówno w wersji 1.0, jak i 1.32; obie przeszły pomyślnie próbę.
Michał Jankowski — opiekun cyklu Retromaniak
Dobra, teraz moja kolej! Na potrzeby 150. RETROMANIAKA przygotowałem dwie gry.
Na początek pójdzie nietypowa produkcja, gdyż nie jest to oficjalna gra. Super Mario Bros. Remastered to fanowski projekt, który, jak sama nazwa wskazuje, bierze się za odświeżenie najpopularniejszego hydraulika na świecie. Podoba mi się sposób, w jaki twórcy podeszli do tego zadania – ci delikatnie zmodernizowali oryginał, dodając np. wsparcie dla panoramicznych rozdzielczości, kolejne wersje tematyczne światów czy nową muzykę. Wszystko zachowuje swoją pierwotną, ośmiobitową stylistykę i klimat; moim zdaniem to bardzo dobry ruch, bo osobiście nie przemawia do mnie to, co Nintendo zrobiło, remasterując Super Mario Bros. na SNES-a.
Oprócz oryginalnego SMB, mamy do dyspozycji kontynuację, znaną zachodniej publiczności jako Super Mario Bros.: The Lost Levels, jak również Super Mario Bros. Special od Hudson Softu (pierwotnie to był ułomny Marian wydany na PC-8801, o którym pisałem tutaj) oraz All Night Nippon: Super Mario Bros., czyli specjalną wersję gry dostępną przez bardzo krótki czas wyłącznie w Japonii. W ostateczności – prócz wyżej wymienionych – mamy też edytor poziomów, a levele można również ściągać z sieci. Jest więc co ogrywać!
Ale wracając do fanowskiego remastera: dodano nowe tryby rozgrywki, możliwość zapisu oraz wyboru świata, od którego chcemy zacząć zabawę, a także zaimplementowano wyzwania i osiągnięcia. Ba! Dostępna jest również polska wersja językowa! Widać, że ktoś włożył serce w stworzenie tej fanowskiej gry i przyznam, że do mnie to przemawia. Super Mario Bros. Remastered nie przynosi Nintendo wstydu. Japończycy pewnie prędzej czy później dojadą ich pozwami, ale na razie można cieszyć się graniem (o ile posiadacie oryginalne Super Mario Bros. wymagane do odpalenia tej starej-nowej gry).

Drugą grą jest The Elder Scrolls III: Morrowind – dlaczego wybrałem akurat trójkę? Przede wszystkim jest to gra, do której sam właśnie ostatnio wróciłem, a właściwie to dopiero teraz ją tak naprawdę poznaję.
W czasach jej świetności miałem okazję pograć tylko okazjonalnie – mój kumpel miał ją na swoim kompie, więc zawsze kiedy pojawiałem się u niego w domu, to graliśmy w Morrowinda na zmianę. Oczywiście on w międzyczasie bezlitośnie łoił, więc za każdym razem był w zupełnie innym miejscu, z innym uzbrojeniem i robił coś kompletnie innego. Jakimś cudem nie przeszkadzało mi to zbytnio; może dlatego, że nie musiałem błądzić i po omacku szukać celu w grze etc.
Dla mnie, konsolowca, gra wydawała się przeogromna w swojej skali – tytuł oferował gigantyczny, otwarty świat, w którym można było robić niemal wszystko: dołączyć do jednej z kilku gildii, stać się poszukiwanym przez wszystkich przestępcą albo szanowanym bohaterem, przemienić się w wampira albo zostać włamywaczem i tak dalej. Cykl dobowy sprawiał, że w nocy sklepy były nieczynne, a NPC-e niezbyt pomocni, podczas snu mogło też zdarzyć się, że ktoś nas zaatakował itp. The Elder Scrolls III oferował miliony możliwości, których na konsolach po prostu nie było… A przynajmniej wtedy tak myślałem. Dla młodszego mnie było wręcz niepojęte, że gra może być tak duża i oferować tak wiele. Jej rozmach był wręcz przytłaczający i chyba dopiero przy Grand Theft Auto: San Andreas miałem podobne odczucia.
Wracając, po latach odkryłem, że w Morrowinda da się pograć na Xboksie. I w życiu nie przyszłoby mi do głowy, że będę miał okazję to zrobić! Jak do tego doszło? Niedawno stałem się szczęśliwym posiadaczem Xboksa 360, a ten oferuje wsteczną kompatybilność. Lista działających gier jest, mówiąc delikatnie, skromna, ale akurat ten tytuł się na niej znajduje. Nawet nie wiecie, jak bardzo mnie to ucieszyło!
A Wy dodalibyście coś do listy naszych propozycji gier retro na rok 2026? Jeśli tak, koniecznie dajcie znać w komentarzach tu pod wpisem oraz na łamach oficjalnej fejsbukowej grupy Testera!
