fbpx

RETROMANIAK #32 – Historia serii Wolfenstein, część 2 (lata 2001-2009)

Po tym, jakie zamieszanie na rynku wzbudził Wolfenstein 3D z 1992, marka zaczęła obumierać. Powodów związanych z tym stanem rzeczy było kilka: wydawca – id Software postawił na Dooma oraz bardziej nowoczesnego, obsadzonego w pełnym 3D Quake’a. W samej firmie doszło też do dużych przetasowań kadrowych – odszedł John Romero, jeden z ojców sukcesu Wolfa3D, i poszedł własną ścieżką (najbardziej znany jest z wydania jednej z gorszych gier w historii – Daikatany).

Po dziewięciu latach postoju zdecydowano ożywić Blazkowitza, ale w to bardzo oryginalnej i kontrowersyjnej formie.

RETURN TO CASTLE WOLFENSTEIN (2001)

Return to Castle Wolfenstein było dziełem kooperacji id SoftwareGray Matter SoftwareNerve Software. Produkt po dwóch miesiącach od światowej premiery sprzedał się w ponad milionowym nakładzie, a towarzyszyło temu dosyć duże, medialne zamieszanie. Dzieło zostało z miejsca zakazane w Niemczech: kraju, w którym niejako z automatu, na podstawie odpowiedniej ustawy, blokuje się albo cenzuruje treści związane z nazizmem. A tych w grze było sporo, w bardzo mocnej, psychodelicznej oprawie.

Tym razem akcja przenosi nas do roku 1943, gdzie żołnierz amerykańskiej siatki wywiadowczej – William Blazkowicz – dostaje specjalne zadanie infiltracji twierdzy Wolfenstein w celu zbadania militarnych planów III Rzeszy, jak też zabicia ideologów tajemnego programu zbrojeniowego nazistowskich Niemiec. Oprócz zwykłych, oddanych Führerowi żołnierzy, w produkcji znajdziemy coś, co na zawsze zmieniło obraz serii. Okultyzm, czarna magia, pseudonauka – to rzeczy, które zaczęliśmy utożsamiać bezpośrednio z serią. O ile próby stworzenia takiego klimatu były już w latach 90., o tyle teraz przybrało to całkowicie inny wymiar. Czego nie brakowało… Modyfikacje genetyczne, hybrydy robotów z ludźmi, wampiry, zombie, duchy, a nawet wskrzeszony król Niemiec, o którego toczy się cała gra.

Tytuł z 2001 był – i tu bez zaskoczenia – typowym FPS-em, z bardzo rozbudowanym arsenałem, który obejmował broń znaną z realiów konfliktu światowego, jak też bardziej wymyślny oręż, jak na przykład elektryczne działko Tesli, które poprzez wysyłanie wiązek elektrycznych było bardzo potężna bronią. Grafikę “zapożyczono” z silnika produkcji legendarnej i kultowej, jaką był Quake III Arena – który w tamtym czasie wyznaczał standardy wyglądu trójwymiarowych strzelanin.

Return to Castle Wolfenstein słynął także z bardzo wysokiego poziomu trudności. Do dzieła id Software przyległa trochę łatka tytułu, który jest grywalny do momentu, aż zabijamy tylko nazistów. Jest to mocno przesadzona opinia, ale rzeczywiście były etapy, gdzie klawisz od “quicksave’a” czekał w zasięgu palców. Szczególnie w ostatnim starciu, które już w ogóle nie było przeznaczone dla niedzielnego gracza.

Przechodząc produkcję po raz kolejny, widzę w niej trochę jej minusów; bo oprócz świetnej, mrocznej, tajemniczej i długiej opowieści, to bardzo postarzały się modele postaci. Gry z wczesnym 3D już mają to do siebie, że paradoksalnie starzeją się szybciej, niż chociażby te starsze zrobione na pikselach. Coś, co mnie jako dziecko straszyło i sprawiało, że musiałem nerwowo przebierać nogami pod biurkiem, dzisiaj się wydaje karykaturalne; ale najważniejsze, że radość ze strzelania pozostaje ta sama. Ta wersja Wolfa niestety ma już wyłączone serwery, ale sama kampania jest bardzo wyczerpująca, a ilość zgonów sprawi, że na pewno się wydłuży.

WOLFENSTEIN: ENEMY TERRITORY (2003)

Po wielkim sukcesie Return to Castle Wolfenstein, który przełożył się na wielką sprzedaż i ponowne uznanie przez branżę grową, w id Software pojawiła się chęć kontynuacji przygód Blazkowicza. Do pomocy w tworzeniu nowej odsłony zatrudniono uznaną firmę Activision, której przedstawiać nie trzeba. W samym procesie twórczym doszło jednak do wielu tarć tych dwóch, uznanych firm i projekt porzucono na etapie tworzenia map. Całą zawartość postanowiono jednak wydać, ale było to tak dziwne i obce, jak też zupełnie inne, że postanowiono nie brać za to pieniędzy i wydać jako darmową wersję. Co w tym takiego dziwnego, zapytacie? To, że produkt nie posiadał w ogóle swojej singlowej wersji. Był typową, multiplayerową strzelanką, osadzoną w wersji online. Czemu więc ani id Software, ani Activision nie chciało brać za grę pieniędzy? W tamtych czasach uznano, że tytuł jest niekompletny. Jakże inne jest to podejście od dzisiejszego stanu rzeczy, gdzie to multi jest głównym daniem, a singiel tylko niepozorną zabawką i wprowadzeniem do właściwej, drużynowej rozgrywki.

Wracając jednak, sklecono to, co już udało się zrobić. Zarys multi był bardzo ciekawy, gdyż wybieraliśmy klasę swojego żołnierza (do wyboru inżynier, specjalista od tajnych operacji, medyk, zwykły żołnierz i dowódca operacji) oraz w kooperacji mieliśmy za zadanie pokonać wrogą stronę. Gameplay jest, co dziwne, najbardziej realistyczną wersją II wojny światowej, jaka została kiedykolwiek pod szyldem Wolfenstein zaprezentowana. Magia i okultyzm? Roboty? W życiu. Tutaj liczyły się inne rzeczy, przez co gra mocno przypomina Battlefielda 1942 (no, może wykluczając opcje prowadzenia pojazdów). W tej części nie występował Blazkowicz, który został po prostu wycięty. (Podsumowując: ET to był po prostu sam multiplayer z RtCW, tyle że poszerzony o nowe opcje). Potem dodano także edytor map, by móc tworzyć własne światy, co ucieszyło graczy. I pomimo dobrych recenzji, uznania i wielu pobrań z internetu, znowu musieliśmy pożegnać się z marką, i to na całe sześć lat…

WOLFENSTEIN (2009)

Jak sami już zauważyliście, ta seria bardzo lubi powroty po latach. Poniekąd z tego powodu, że odnosi się wtedy do sentymentów i uczuć ludzi, którzy pamiętają starsze odsłony tego uniwersum. Tak samo zrobiono i tutaj, przed premierą Wolfa z 2009 obiecując graczom, że znajdą wszystkie elementy, które znane były z poprzedniczek. I rzeczywiście, konsekwentnie trzymano się tej linii… co paradoksalnie sprawiło, że otrzymaliśmy najgorszego Wolfensteina w historii.

Pierwszy zarzut, jaki mam względem tej produkcji, to odarcie fabuły z warstwy tajemnicy i okultystycznych plot twistów. W Return to Castle Wolfenstein – na którym produkcja sprzed dziewięciu lat wzorowała się, jeśli chodzi o wątki paranormalne – to my sami, od pamiętnej misji na cmentarzu, dowiadywaliśmy się szokującej prawdy o zakusach III Rzeszy. W sequelu natomiast twórcy otwarcie nam mówią, że istnieją specjalne komórki Himmlera, które zajmują się czarną magią, i mamy je wykończyć. To tak bardzo niszczy całą aurę tajemnicy i chęci eksploracji świata… A oprócz tego dochodzi wątek artefaktu. Zamysł był taki jak ze Spear of Destiny: żeby skupić się względem jednego, mitycznego artefaktu, który musi paść łupem Blazkowicza. I wszystko byłoby okej, gdyby nie sam fakt, że posiadamy jego moce od pierwszych godzin rozgrywki. W produkcji występują oczywiście także nasi przeciwnicy, częściowo Niemcy, częściowo potwory, ale te pojawiają się stosunkowo wcześnie i nie są takim elementem niespodzianki, jak było to w tytule z 2001 roku. Blazkowicz też jest nudny, mało charakterystyczny.

Oczywiście produkcja ma jak najbardziej swoje zalety, których szukać należy przede wszystkim w mechanice i warstwie graficznej. Co by nie powiedzieć, to tytuł ten ma już prawie 10 lat i nadal wygląda dobrze. Tak samo jak strzelanie, czyli crème de la crème całego cyklu nie zawodzi. Ale sam fakt takiego podejścia twórców, na zasadzie ”daliśmy wam wszystko, co kochacie, więc nie narzekajcie” był średnio trafiony, szczególnie jeśli chodzi o upchanie tak dużego materiału źródłowego w jedną grę. Owszem, to dobry FPS, z niebrzydką grafiką, ale stanowczo niespełniający pokładanych w nim oczekiwań. Był to też ostatni tytuł z serii, pod którym podpisało się id Software (choć kluczowym producentem i tak było Raven Software). Ale jak się później okazało, Wolfensteina miał doczekać dobrych, nowych czasy, o których przeczytacie w kolejnym odcinku Retromaniaka.

Po tym tytule nad ponurym zamczyskiem Wolfenstein zasłona spadła na połowę dekady. Co działo się później? To już w następnym Retromaniaku za tydzień. Trzymajcie się ciepło, a ja zapraszam na naszego Facebooka, YouTube’a i do uczestnictwa w dyskusji na naszej portalowej grupie. Do zobaczenia.

A imię moje 40 i 4…. witam w mojej kuchni, nazywam się Don Mateo i będę waszym podróżnikiem w czasie, który z mroków historii przypomni najlepsze/najbardziej pamiętne/najgorsze gry w historii, w moim małym kąciku o nazwie ,,Retromaniak”.Na ekranach waszych monitorów, będę też widniał jako felietonista, więc nie regulujcie odbiorników. Prywatnie, jestem wielkim fanem rocka i metalu, studiuję dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim.

Mateusz "Don Mateo" Wysokiński

A imię moje 40 i 4.... witam w mojej kuchni, nazywam się Don Mateo i będę waszym podróżnikiem w czasie, który z mroków historii przypomni najlepsze/najbardziej pamiętne/najgorsze gry w historii, w moim małym kąciku o nazwie ,,Retromaniak".Na ekranach waszych monitorów, będę też widniał jako felietonista, więc nie regulujcie odbiorników. Prywatnie, jestem wielkim fanem rocka i metalu, studiuję dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim.