fbpx

Czy warto wrócić do klasycznych odsłon Battlefielda?

#RIPCOD – obwieszczali niemal wszyscy półtora roku temu, od momentu, gdy EA zaprezentowało mocny trailer Battlefielda 1, z piosenką Seven Nation Army w tle. Pierwszowojenna strzelanina od DICE miała być odpowiedzią na modlitwy wielu graczy, tęskniących za walkami w realiach autentycznych wojen XX wieku. Do łask ma szansę wrócić także jej konkurent, Call of Duty: WWII – z akcją osadzoną ponownie podczas II wojny światowej.

Ale niniejszy tekst nie będzie o nadchodzącym “kodzie”, a pierwszych odsłonach flagowej serii strzelanin od Electronic Arts. W rocznicę premiery gry Battlefield 1 przyjrzymy się, czy klasyczne odsłony BF-a są nadal grywalne.

Nieco historii…

Seria Battlefield do najmłodszych nie należy. Pierwsza część, o tytule Battlefield 1942, zadebiutowała we wrześniu 2002 roku. Za grę była odpowiedzialna ekipa ze Szwecji o nazwie Digital Illusions CE – czyli późniejsze EA DICE, autorzy większości przyszłych Battlefieldów. Już na samym początku BF 1942 zatrząsł sceną gier wideo, a zwłaszcza tych dotyczących tematyki wojennej i rozgrywek sieciowych. Po pierwsze, jak tytuł wskazuje, w grze dostaliśmy ogromne (a przynajmniej jak na rok 2002) pola bitew II wojny światowej. I to nie byle jakie, bowiem mapy były obsiane różnymi pojazdami, którymi można było się poruszać na lądzie, w morzu i powietrzu. Co prawda, Battlefield 1942 nie był pierwszą grą, w której były dostępne pojazdy w potyczkach sieciowych, ale jako pierwsza wykorzystała je na dużą skalę.

Już w Battlefieldzie 1942 pojawiły się protoplasty “behemotów”.

Po drugie, tytuł skupiał się na aspekcie wieloosobowym, będąc niemal pozbawionym single-playera (ale do tego jeszcze wrócę). BF1942 z miejsca stał się ulubioną grą fanów multiplayerowych FPS-ów, obok Counter-Strike’a, Quake’ów i Unreal Tournament. I po trzecie – w multi skupiał się wyłącznie na rozgrywkach drużynowych, kładąc nacisk na współpracę między graczami. A ci mogli się wcielić w jedną z pięciu dostępnych specjalizacji. Co prawda, klasy żołnierzy pojawiły się już w starusieńkim Team Fortress z 1996 czy Return to Castle Wolfenstein, niemniej podział na kilka klas stał się nieodłączną wizytówką serii Battlefield.

Czas zmian

Battlefield 1942 na pierwszy rzut oka przypomina późniejsze, next-genowe odsłony. Mamy potyczki dwóch drużyn z obsługą do 64 graczy (32 na 32), dostępne w kilku trybach gry (m.in. conquest, capture the flag), na dużych, półotwartych mapach z pokaźną liczbą pojazdów i broni stacjonarnej. Gracze, którzy mogą komunikować się z sojusznikami dzięki gotowym zestawom głosowym, mają do wyboru pięć klas postaci: wsparcie (snajper + radiotelegrafista), szturmowiec (wyposażony w karabin maszynowy i duży zapas granatów), niszczyciel czołgów (pozbawiony broni automatycznej), medyk (z pistoletem maszynowym) oraz inżynier (zdolny naprawiać uszkodzone pojazdy oraz stawiać miny).

Jednak chwytając za myszkę i klawiaturę, wnet dostrzeżemy, że BF1942 różni się od młodszych braci z serii, a także współczesnych gier. Po pierwsze – nie uświadczymy tutaj ani autoregeneracji zdrowia, ani celowania przez mechaniczne przyrządy celownicze, ani perków i osiągnięć, modyfikacji broni, czy nawet sprintu! Czyli staroszkolny FPS pełną gębą. Ponadto, po opróżnieniu magazynka jesteśmy zmuszeni ręcznie wcisnąć klawisz przeładowywania; a jeśli zrobimy to przy częściowo załadowanej broni, utracimy bezpowrotnie dotychczasowe naboje. A po drugie: gra jest pozbawiona single-playera. No, a przynajmniej tego tradycyjnie rozumianego. W grze, owszem, znajdziemy opcję o nazwie “Singleplay”, ale jest to tak naprawdę fabularyzowany multiplayer, tyle że z botami sterowanymi przez komputer (Podobny pseudo-tryb dla jednego gracza znalazł się w Quake’u III oraz Unreal Tournamencie). Kolejno po sobie misje wykonujemy wyłącznie w trybie Podbój, znanego z najnowszych części, gdzie musimy przejąć kontrolę nad kilkoma punktami (flagami) na mapie. Zajmowanie kolejnych pozycji powoduje wzrost punktów naszego teamu oraz uszczuplenie przeciwnego obozu. Przegrywa więc ta drużyna, której liczba punktów została wyczerpana do zera.

Protoplasta DLC

Sukces BF-a 1942 zaowocował powstaniem dodatków w kolejnych latach. I tak w 2003 dostaliśmy dwa rozszerzenia, kolejno o podtytułach The Road to Rome oraz Secret Weapons of WWII. Nie mogły się jednak pochwalić imponującymi rozmiarami – były to bowiem pakiety kilku map, pojazdów i broni. Takie dzisiejsze DLC, za które trzeba zapłacić niemałą sumkę, tyle że dostępne na fizycznym nośniku w pudełku, a nie do ściągnięcia z internetu.

Prawdziwym rozszerzeniem gry okazał się dopiero samodzielny dodatek, czy też bardziej spin-off, o nazwie Battlefield Vietnam, wydany w marcu 2004. Gra, jak tytuł wskazuje, skupiała się teraz na wojnie pomiędzy USA a Północnym Wietnamem. Zamiast europejskich i afrykańskich miejscówek, dostaliśmy południowoazjatyckie lasy, rzeki i wsie. Sprzęt stał się nowocześniejszy, składający się głównie z karabinków szturmowych (w tym kultowego M16 oraz AK-47) oraz śmigłowców i bojowych wozów piechoty. Klimat wojny wietnamskiej był podkreślany przez licencjonowaną ścieżkę dźwiękową amerykańskiego rocka lat 60. – na którą składają się m.in. takie kawałki jak Fortunate Son czy Surfin’ Bird – którą możemy usłyszeć podczas wczytywania map oraz w helikopterach, a także poprzez opisy różnych faktów z tamtego okresu (również podczas loadingu). Gra doczekała się także jednego oficjalnego moda, o nazwie WW2 (co jednak większego sensu nie miało, bowiem do bólu przypominał odsłonę z 2002 roku). Poza zmianami realiów oraz klas postaci, BF Vietnam jest dokładnie tym samym, co poprzednia część.

R.I.P. BF1942?

Ale – w końcu odwołując się do tytułu niniejszego wpisu – czy warto wrócić do pierwszych części Battlefielda, które były pecetowymi exclusive’ami? Za dzieciaka uwielbiałem grać w BF­-a 1942, a zwłaszcza na mapie Battle of Midway (i myślę, że nie tylko ja). Jednak wracając w zeszłym roku do tej gry, trochę się od niej odbiłem. Grafika (a przypomnijmy, że BF1942 oraz Vietnam napędza ten sam silnik) się zestarzała, gra nie wspiera większych rozdzielczości (to na szczęście da się zmienić, grzebiąc w plikach), a gameplay, jak na dzisiejsze czasy, jest zbyt powolny – wolniejszy niż w innych ówczesnych drugowojennych grach: MoH: Allied Assault oraz Enemy Territory. I pomyśleć, że kiedyś Battlefieldy stanowiły drugi biegun dla serii Call of Duty, która już od pierwszej części charakteryzowała się bardziej zręcznościowym modelem rozgrywki, niż BF1942, ceniony za pewien realizm – dziś te różnice się zatarły. Ponadto obie gry (tzn. BF1942 oraz BF Vietnam) cierpią na parę drobnych bugów oraz przerażająco słabą inteligencję botów, zwłaszcza na niższych poziomach trudności.

Jednak mimo tych mankamentów, momentami bawiłem się nieźle przy klasycznych “beefach”, które dały podstawę pod bogatą serię, dostępną na wielu platformach, osadzoną w różnych realiach oraz mogącą się pochwalić aktywną i wierną społecznością. Jeśli masz zamiar wrócić do korzeni serii od studia DICE, a przeszkadzają ci przestarzałe mechanizmy – to poszukaj modów, które poprawiają grafikę oraz “odrealniają” rozgrywkę, zwiększając dynamikę starć. I koniecznie znajdź jakichś kolegów do zabawy – bo nie warto grać z botami.

Z wykształcenia politolog i dziennikarz, z zamiłowania bloger. Oprócz grami, interesuje się także kinem i astronomią. Propagator poprawnej polszczyzny – czy też, pisząc z duchem języka internetowego: gramatyczny nazista – tak dobry, że może sprawdzić Twoją pracę dyplomową lub inny tekst. Swoje felietony na temat historii, problemów społecznych i memów internetowych publikuje na blogu bednarskiprzemyslaw.pl – tam też można znaleźć szczegóły oferty usług korektorskich.

Przemysław Bednarski

Z wykształcenia politolog i dziennikarz, z zamiłowania bloger. Oprócz grami, interesuje się także kinem i astronomią. Propagator poprawnej polszczyzny – czy też, pisząc z duchem języka internetowego: gramatyczny nazista – tak dobry, że może sprawdzić Twoją pracę dyplomową lub inny tekst. Swoje felietony na temat historii, problemów społecznych i memów internetowych publikuje na blogu bednarskiprzemyslaw.pl – tam też można znaleźć szczegóły oferty usług korektorskich.