fbpx

Siedem powodów, dlaczego nie lubię wracać po latach do “starych” gier

Nie łatwe jest życie oldskulowego gracza – niby ma te swoje archaiczne gierki, które zapewniają mu godziny zabawy, ale to już nie to samo co kiedyś: a to coś w grze szwankuje, a to coś innego już nie sprawia frajdy…

Ja również mam takie mieszane odczucia – a wierzcie mi, jestem naprawdę cierpliwą i tolerancyjną osobą, jeśli chodzi o gry. Nie potrzebuję 4K i 60 klatek, by dobrze spędzić czas przed monitorem. A jednak, gdy ostatnio sięgam po starsze tytuły – czy to powspominać produkcje zza młodych lat, czy nadrobić wieloletnie zaległości – coraz częściej gry takie odbierają mi smak gameplayu. Oto siedem powodów, dla których nie lubię wracać po latach do starych gier.

Nie chce się uruchomić…

Chyba każdy staroszkolny gamer się z tym spotkał: jego ukochana gra nie chce ruszyć na nowym sprzęcie/systemie. W jeszcze większą złość wpadasz, gdy okazuje się, że inny tytuł – jeszcze starszy, ale nie aż tak dobry jak ten pierwszy – bez problemu śmiga na superkomputerze NASA czy SpaceX. Czasem wystarczy ustawić zgodność ze starszymi Windowsami albo poszperać w konfiguracji sprzętu. Gorzej, gdy takie podstawowe manewry nie działają, i trzeba sięgnąć po patche. A nie do wszystkich gier zostały opracowane łatki pozwalające uruchomić starsze tytuły na współczesnych konfiguracjach.

Co prawda, zawsze pozostają jeszcze dwie opcje. Pierwsza to zabawa z emulacją systemu – czyli tzw. wirtualna maszyna. Nie każdy jednak potrafi czynić takie cuda; również nie każdy chce się bawić w emulację, stawiając na oryginalność i “naturalność” dawnego grania. Takie osoby zazwyczaj zmuszone są posiadać autentyczny, przedpotopowy sprzęt. I uparci retro-pececiarze jeszcze w tej kwestii sobie jakoś poradzą; gorzej natomiast z fanami gier z wymarłych komputerów, jak Atari czy Amiga. Informatyczne zabytki z lat 80. dzisiaj osiągają niebotyczne sumy na aukcjach internetowych.

Stare gry
Ataribox, obok Mini NES Classic, stanowi ofertę dla oldschoolowych graczy konsolowych. Tyle że “gry telewizyjne” nie mają takich problemów jak komputerowe z kompatybilnością; już nie wspominając o możliwości emulacji.

Druga opcja to elektroniczne rozprowadzanie tytułów przez Internet. Z taką ofertą wychodzi sporo sklepów i platform internetowych, ze Steamem oraz rodzimym gog.com na czele. Gry rozpowszechniane w sposób “cyfrowy” zazwyczaj są już przystosowane do współczesnych komputerów. Chociaż też… nie zawsze! Świetny przykład stanowi pierwszy Gothic, którego na Windowsie XP (i nowszych) bez odpowiednich łatek nie odpalisz – mowa zwłaszcza o steamowej kopii; chociaż z GOG-owym egzemplarzem też nie możesz mieć stuprocentowej gwarancji bezproblemowego uruchomienia.

…A jak już się uruchomi, to się okazuje…

…że nie wszystko działa tak, jak powinno. Takie problemy najczęściej dotyczą strony audiowizualnej i wynikają z braku obsługi starszych technologii. Dla przykładu, gry, które wyświetlały maksymalnie 16-bitową głębię kolorów, gorzej wyglądają na kartach graficznych produkowanych od ok. 2005 roku, niż w czasach, gdy takie elektroniczne tytuły wchodziły na rynek.

Innym przykładem, który mnie dotknął boleśnie, jest obecny brak wsparcia dla technologii EAX firmy Creative, polegającej m.in. na symulacji echa. Wracając ostatnio do pierwszej części F.E.A.R. oraz oryginalnej Mafii, byłem zmuszony grać bez charakterystycznego pogłosu w wybranych pomieszczeniach – nadającego przecież tak dużo klimatu, jak i immersji – a to tylko dlatego, że jakiś idiota z Microsoftu postanowił pozbawić nowsze Windowsy, od Visty wzwyż, wsparcia dla sprzętowej akceleracji dźwięku, skupiając tym samym uwagę na bibliotekach OpenAL!

Stare gry
GeForce 7300 GT, choć miał premierę względnie dawno – bo w 2006 – potrafił się gryźć z grami wydanymi na przełomie tysiącleci.

W tej sytuacji zawsze pozostają nieoficjalne patche, emulujące starsze technologie. Niektóre gry, które po latach wróciły do dystrybucji [internetowej], również zawierają takie poprawki, naniesione przez legalnych modderów. Jednakże nie jest to regułą, a fanowskie nakładki – jak już istnieją do odpowiednich tytułów – nie zawsze działają. Tego kłopotu nie mają za to konsolowcy – jeżeli odpowiedni sprzęt po latach jest sprawny, to każda jemu dedykowana gra się uruchomi, i to bez uszczerbku na audiowizualnym zdrowiu. Cóż, #PCMasterRace nie taki “master”!

Pustki na serwerach

Są takie gry, które pomimo upływu lat, ciągle nadają się do towarzyskiej zabawy, nadal oferując współpracę bądź konkurencję przez Internet. Mowa zarówno o MMO i jemu podobnych, jak Tibia czy WoW, jak i bardziej klasycznych multiplayerach, choćby w FPS-ach (Quake III, Enemy Territory, seria Call of Duty). Na drugim biegunie stoi za to długa lista gier, w których już dawno wyłączono sieciowe serwery. Zazwyczaj jest to spowodowane decyzją producenta i/lub wydawcy – właściciele marek nie chcą utrzymywać publicznych serwerów z racji wysokich kosztów lub już małej popularności danego tytułu. W niektórych przypadkach zablokowanie internetowej gry wieloosobowej było również wynikiem upadku różnych platform pośredniczących, oferujących usługę serwerów multiplayerowych. Tych było kilka, a największym i najpopularniejszym z nich był GameSpy. Zielonkawy “szpieg gier” obsługiwał dziesiątki najpopularniejszych produkcji, w tym m.in. drugiego Quake’a, Soldier of Fortune czy dylogię Serious Sama. Wyłączenie GameSpya w 2014 pozbawiło życia wiele elektronicznych tytułów i dotknęło boleśnie zwłaszcza tych graczy, którzy przez blisko 20 lat byli przyzwyczajeni do tłoku panującego na serwerach ich ulubionych gier.

Stare gry
Kto pamięta te logo – ręka w górę!

Na szczęście, niektóre wieloosobowe gry zostały przez fanów wskrzeszone z martwych – jak np. Return to Castle Wolfenstein, który, dzięki odpowiednim łatkom, nadal może się pochwalić pełnymi serwerami oraz aktywną społecznością, nie gorszą od tej z CS-a. Dochodzi też do ciekawych przypadków, w których to właściciele praw do gier postanawiają przywrócić “multika” do życia w swoich dawnych flagowych produktach. Idealnym przykładem jest wspólna decyzja Disneya z GOG-iem o ponownym włączeniu serwerów w Battlefroncie II z 2005 roku.

Powyższe przykłady stanowią o sile pecetowego rynku. Konsolowcy w tej kwestii, niestety, muszą obejść się smakiem – zwłaszcza ci, którzy lubili popykać przez Internet na sprzęcie szóstej generacji (czyli Dreamcast, PlayStation 2 oraz xBox) – bo w ich przypadku serwery są wyłączane na amen. I tak, to prawda, że zawsze pozostaje lokalny multiplayer z kumplem na dzielonym ekranie. Ale czasem chce się z kimś zagrać z drugiego końca świata, co nie?

Przestarzała mechanika i sterowanie

Narzekasz, że współczesne gry są za łatwe? To spróbuj zagrać w jakiś stary tytuł – i nie musi to być produkcja pamiętająca jeszcze czasy Pac-Mana, wystarczy coś z lat dziewięćdziesiątych. Hę? Słabo słyszę! Mówisz, że brak minimapy? Nie zdrowiejesz, schowany za murkiem? Żadnych podpowiedzi? Pada niewygodnie trzyma się w dłoniach, przez co musisz nieźle się nagimnastykować palcami?

Stare gry
Polacy, którzy dostali Pegazusa w latach 90., przynajmniej mieli to szczęście, że nie musieli siłować się z tymi okropnymi, “prostokątnymi” padami od oryginalnego NESa!

Wyżej opisana sytuacja jest oczywiście przejaskrawiona, ale założę się, że co czwarta osoba, która sięgnie po przeciętny (nie w sensie jakości) tytuł z dawnych lat, będzie klęła pod nosem. I nie mówię tu o graczach, którzy nigdy nie mieli do czynienia z grami ery DOS-u czy Pegazusa, wręcz przeciwnie: mam na myśli tych, którzy wiele lat temu ogrywali takie tytuły z palcem w… nosie. Jednak po długiej przerwie stare nawyki i umiejętności niekoniecznie muszą wrócić – w końcu to nie jest jazda na rowerze, której się nie zapomina. Musisz być albo profesjonalnym e-sportowcem, albo osobą o dużych pokładach cierpliwości, albo cholernym szczęściarzem, by móc od razu cieszyć się płynną rozgrywką w starszych produkcjach, i to niekoniecznie tych trudnych.

Jeśli o mnie chodzi, przyznam, że największą traumę wywołała u mnie próba powrotu do Hidden & Dangerous Deluxe. W 2006 roku – w wieku 15 lat – bez większych problemów, w ciągu trzech tygodni (jedna misja na dzień – taki mam zwyczaj grania w gry), ukończyłem cały tytuł. Jednak ostatnio, czyli półtora roku temu, odbiłem się mocno od czeskiej produkcji – i to pomimo posiadania lepszego sprzętu, dającego komfort w postaci płynnej rozgrywki, oraz znacznie większego doświadczenia ogółem w grach. Jak widać, starość nie radość…

Kwestie licencyjne oraz pseudo-kompletne reedycje

Może to nie dotyczy bezpośrednio powrotów po wielu latach, ale w jakiś sposób również dotyka starych gier – a konkretniej wznowionych wydań klasyków. Kupujesz, przykładowo na gog.com, swoją ulubioną grę z dzieciństwa. Bez problemu odpalasz na swoim komputerowym rumaku, wszystko fajnie, nostalgia pełną parą, radocha jak za dawnych lat… a tu w pewnej chwili się okazuje, że brakuje niektórych kawałków ścieżki dźwiękowej. Tak, moi mili, to wszystko z powodu wygaśnięcia praw do wykorzystania utworów. GTA San Andreas, Alan Wake czy Mafia – to tylko część gier, które albo musiały zostać wycofane ze sklepów, albo musiały zostać wycięte z pewnego contentu (zazwyczaj muzycznego), by mogły nadal znajdować się w dystrybucji.

Stare gry
Wydanie Mafii na GOG-u kosztowało wycięciem sporej liczby utworów ścieżki dźwiękowej. A bez autentycznej muzyki z lat 30./40. przygody Thomasa Angelo to nie jest to samo.

Jest to jeszcze zrozumiałe, bo chodzi przecież o poszanowanie praw autorskich. Gorzej, gdy na rynek wychodzi remaster lub zbiorcze wydanie serii starszych tytułów, które są wybrakowane względem oryginałów. Ani śladu po multiplayerze w twojej ulubionej strzelance? Zabrakło miejsca na dodatek do pierwszej części przygodówki w reedycji całej serii na nowszą generację konsol? Remaster hybrydy FPS-RPG cierpi na te same problemy techniczne co oryginał? Remake ocenzurowano z krwi lub golizny względem materiału źródłowego? Tak, to są powody, dla których tak nienawidzę sytuacji, w których wydawcy odwalają fuszerkę przy ubieraniu starych gier w nowe szaty.

Niedoskonałości, które ciągle irytują, lecz nic z tym nie zrobisz

Stare gry po wielu latach przerwy potrafią porządnie wkurzyć. Nie mam tu na myśli jednak problemów z odpaleniem produkcji, grafiką czy sterowaniem – bo o tym już pisałem wyżej. Chodzi mi o pewne rzeczy w warstwie gameplayowej lub fabularnej, które niekoniecznie dobrze wyszły autorom, a tobie przeszkadzają. Mogą to być naprawdę przeróżne rzeczy: od efektów dźwiękowych w menu, przez kwestię statystyk gracza i innych postaci, nie najlepszy dobór soundtracku do danego etapu gry, kończąc na możliwości interakcji z danym obiektem lub wejścia w obszar gry, który normalnie nie jest dostępny. Niewidzialne ściany w Mafii lub Life Is Strange? Jak ja chciałbym to zmienić, zburzyć i rozkruszyć w drobny mak, niczym mur berliński za komuny!

Stare gry
Od samego początku denerwował mnie etap z czołgiem w RtCW, w którym maszyna przechwycona przez ruch oporu tak naprawdę stanowiła wyłącznie “dekorację” planszy, nie potrafiąc atakować Niemców.

Niby to są pierdoły, ale jak grasz po raz n-ty w ulubioną grę, i po raz n-ty dostrzegasz element, który byś wykonał lepiej albo całkiem usunął, to nie jest to fajne uczucie. I tak, tak, wiem, że dla chcącego nic trudnego – od czego mamy mody? Nie wszystko da się jednak tak łatwo zmienić, zwłaszcza rozwiązania fabularne. Chyba że tysiące innych graczy pobuczy na forach internetowych, dzięki czemu twórcy gry zmienią to i owo – jak np. kwestię finalnego etapu i zakończenia Mass Effect 3 przez BioWare.

Jednak, przede wszystkim…

…dawny czar pryska. No cóż, tak to już bywa w życiu – nostalgia robi swoje, że nie chcemy zdjąć różowych okularów z dzieciństwa, idealizując obiekty wspomnień z dawnych lat. Powroty do filmów z VHS, pizzy hawajskiej, którą zajadałeś na wycieczce klasowej, czy szkolnych miłości mogą okazać się rozczarowujące. To również dotyczy gier. Nagle nostalgia obraca się przeciwko nam, waląc porządnie piąchą w twarz, nawet gdy mamy założone te okulary – nie ma litości.

Stare gry
Max Payne – jedna z najładniejszych gier roku 2001. Obecnie tylko animacje postaci potrafią zachwycić.

Zamiast fotorealistycznej grafiki, dostrzegasz tylko rozmazane tekstury i poszarpane krawędzie. Zamiast satysfakcji z ukończenia kolejnego poziomu, doświadczasz wyłącznie frustracji z powodu niewygodnych rozwiązań. Zamiast się wzruszyć lub być zaskoczonym, ziewasz z nudów przy scenie śmierci głównego bohatera. Nawet gdy gra za bardzo się nie zestarzała, wyglądając i brzmiąc nadal atrakcyjnie, ma przystępną mechanikę, uniwersalną dla każdego pokolenia graczy, to istnieje duże ryzyko, że przy kolejnym podejściu do gry – choćby to było dopiero drugie, po co najmniej kilkunastu latach przerwy – nie będziesz się już tak świetnie bawić jak za pierwszym razem. Wielokrotnie słyszałem opinie od osób, które na wieść, że dopiero po latach ograłem jakiś kultowy tytuł – mi zazdrościły, że mam tę przyjemność pełnego, nieskażonego wspomnieniami, obcowania z daną grą.

Dlatego chyba najlepiej wracać do tych produkcji, które oferują nieliniowy i rozbudowany świat. Takie GTA z ogromnymi miastami, gdzie możesz robić wszystko to, na co masz ochotę, lub Deus Eksy, w których niemal każda decyzja wpływa na losy bohaterów i charakter rozgrywki w dalszych etapach, w pewnym stopniu dostarczają innych doświadczeń za każdym razem. Niestety mało która gra z lat 70., 80. i początku 90. mogła pochwalić się nieliniowością; a te współczesne – oferujące nielinearną rozgrywkę – zazwyczaj tylko z pozoru dają prawdziwą wolność graczowi. Ale ten temat wymaga głębszej analizy i zasługuje na osobny artykuł…

A wracając do tematu niniejszego wpisu, ktoś mądry powiedział kiedyś, że “stara miłość nie rdzewieje”. Niemniej, stare gry, z którymi mamy miłe wspomnienia, czasem jednak lepiej obdarzyć platoniczną miłością, niż obcować z nimi ponownie. A wy jak macie? Też się wkurzacie, wracając do swoich ulubionych tytułów po latach? Czy może wręcz przeciwnie? Dajcie znać w komentarzach tutaj, a także na oficjalnej grupie fanów na Facebooku!

Z wykształcenia politolog i dziennikarz, z zamiłowania bloger. Oprócz grami, interesuje się także kinem i astronomią. Propagator poprawnej polszczyzny – czy też, pisząc z duchem języka internetowego: gramatyczny nazista – tak dobry, że może sprawdzić Twoją pracę dyplomową lub inny tekst. Swoje felietony na temat historii, problemów społecznych i memów internetowych publikuje na blogu bednarskiprzemyslaw.pl – tam też można znaleźć szczegóły oferty usług korektorskich.

Przemysław Bednarski

Z wykształcenia politolog i dziennikarz, z zamiłowania bloger. Oprócz grami, interesuje się także kinem i astronomią. Propagator poprawnej polszczyzny – czy też, pisząc z duchem języka internetowego: gramatyczny nazista – tak dobry, że może sprawdzić Twoją pracę dyplomową lub inny tekst. Swoje felietony na temat historii, problemów społecznych i memów internetowych publikuje na blogu bednarskiprzemyslaw.pl – tam też można znaleźć szczegóły oferty usług korektorskich.