Recenzja FlatOut 4: Total Insanity

Duch starego, dobrego FlatOuta odżył

Pierwsze dwie części FlatOut to były wyjątkowe gry. Szybkie, zręcznościowe wyścigi, w których nie zawsze istotne było kto jest pierwszy na mecie, a to kto bardziej uszkodzi rywali. Do tego szalone tryby dodatkowe, w których nasz kierowca, po wystrzeleniu przez przednią szybę, musiał na przykład zbić kręgle. Wszystko to, co Bugbear stworzył w pierwszych odsłonach zaprzepaściła trzecia część wydana przez Team6.
Na szczęście, 4 część reklamowana jako powrót do korzeni serii i ukłon w stronę części pierwszej i drugiej rzeczywiście do tych korzeni wraca. Kylotonn postarał się o to, abyśmy czuli się tu jak w domu.
Podstawowym trybem gry jest kariera. Dzieli się ona na trzy części, związane z rodzajami aut, a w jej trakcie mierzymy się z rywalami w różnych trybach. Są to standardowe wyścigi, próba czasu a także nowość, jaką jest tryb ataku, w której nitro pozwala nam użyć specjalnych power upów. Pieniądze, potrzebne na kupno ulepszeń czy nowych aut, zdobywamy nie tylko dzięki wysokim miejscom na linii mety, ale także, a może nawet – przede wszystkim przez rozwałkę. Uderzanie w innych kierowców, niszczenie otoczenia – rzeczy te zarówno ładują nasz pasek nitro, jak i gwarantują bonifikaty finansowe.


W trybie kariery spędziłem kilka godzin, jednak aby ją ukończyć potrzeba jednak nieco więcej. Problem w tym, że wybór tras jest dosyć mały, a i aut nie jest zbyt wiele. Rozczarowuje też fakt, że trzy części wspomniane wcześniej, związane z klasą auta, posiadają dokładnie te same wyścigi. Krótko mówiąc – jeździmy dokładnie te same eventy tylko tym razem w innych autach. Szkoda, bo można było zachęcić gracza do dłuższej zabawy przez większy wybór i różnorodność obu tych elementów. A będąc już przy temacie tras – tu należy się pochwała dla twórców. Są one różne względem siebie, na drodze mijamy mnóstwo zniszczalnych elementów, a to którędy pojedziemy zależy od nas – co chwile stajemy przed wyborem, którym rozwidleniem przejadę ten fragment trasy.
Ponadto w grze znajduje się tryb minigier znany z poprzednich odsłon. Rozpędzamy nasze auto, po czym katapultujemy kierowce przez przednią szybą i staramy się wypełnić zadania. A te są różne. Skok w dal, kaczka na wodzie czy zbicie kręgli o odpowiedniej wartości punktów. Tryb ten potrafi wciągnąć i jest czymś, co potrafi wciągnąć w zabawie hot seat ze znajomymi, próbując bić swoje wyniki raz po raz.


Siadając do zabawy, spodziewamy się zręcznościowego modelu jazdy, nie jest to nic nowego w serii. W Total Insanity silnik fizyczny jest lekko mówiąc niedopracowany. Pojazdy w trakcie jazdy zachowują się jak poduszkowce bez zawieszenia, aby nagle jadąc po jakichś nierównościach rzędu torów kolejowych skakać jak oszalałe. Ponadto, problem jest także z poczuciem ciężaru. Jednym z pojazdów jest minibus, którego bez problemu zepchnąć w przepaść kuksańcem może zwykły garbusik. Również model zniszczeń nieco rozczarowuje. Owszem, blacha się wygina, jednak na tym się kończy. Gra nie posiada licencji na prawdziwe marki, więc można było liczyć na większą fantazje i możliwość niszczenia aut. Szczególnie blado to wypada w porównaniu do takich gier jak Wreckfest, a także nawet pierwszych dwóch części serii.

Poziom AI jest dosyć niski. Grając w trybie kariery większość wyścigów wygrywałem w cuglach, mimo iż na początku każdego wyścigu dużo się dzieje, a my ruszamy z ostatniej pozycji. Przeciwnicy przepychają się zarówno z nami, jak i między sobą, a przy tym popełniają błędy. Często idiotyczne, jadąc prosto w niezniszczalny słup czy wypadając na zakręcie z klifu. Gubią się także podczas gry w Capture the Flag, gdy jeździmy wysoko po prawie pionowych ścianach – w tym momencie AI praktycznie nie istnieje.


Oprawa audiowizualna jest na akceptowalnym poziomie. W ruchu gra wygląda naprawdę solidnie, szczególnie wszelkie efekty cząsteczkowe przykuwają uwagę. Dymy, mgły, iskry czy widok zachodzącego słońca – robią wrażenie. Rozdzielczość tekstur i szczegółowość modeli mogłaby być lepsza, ale nie jest źle. Ścieżka dźwiękowa jest dokładnie taka, jakiej można było się spodziewać – króluje tu północnoamerykański rock i metal. Muzyka jest klimatyczna i pasuje do wydarzeń dziejących się na ekranie. Dźwiękom silników czy kontaktów z otoczeniem również nie można nic zarzucić.

FlatOut 4: Total Insanity jest udaną próbą wskrzeszenia marki. Przede wszystkim zmazuje plamę po fatalnej trzeciej części. Jednocześnie przypomina nam, czym były dwie pierwsze odsłony i zapewnia niezłą porcje rozrywki. I choć tryb kariery jest rozczarowujący, to jednak przyjemność z samych wyścigów i trybu FlatOut jest spora. Jeśli nie graliście nigdy w żadną grę z tej serii – na pewno warto spróbować. Jeśli kochaliście się w pierwszych dwóch częściach – nie zawiedziecie się.


Pamiętaj, aby przed zakupem zawsze sprawdzać cenę → Najniższe ceny gier znajdziesz na Ceneo.
Kupując za pośrednictwem naszego linku wspierasz rozwój naszego portalu, dziękujemy!


Dzięki, że doceniłeś nasz wkład i przeczytałeś ten wpis do końca! Jesteś częścią naszej społeczności i to od Ciebie zależą nasze dalsze kroki. Możesz nam pomóc:

  • zostawiając komentarz - wiele się nie napracujesz, a my dowiemy się na czym Ci zależy,
  • polub nasz fanpage na Facebooku, żebyś z łatwością otrzymywał informacje o naszej działalności,
  • daj znać znajomym - razem stworzymy wielką społeczność "Testerów Gier",
  • zasubskrybuj nasz kanał YouTube jeżeli chciałbyś, abyśmy publikowali więcej filmów.

palec911

Absolwent Politechniki Gdańskiej. Elektryk z zawodu. Gracz z powołania. Współzawodnictwo, gry sportowe, multiplayer - to mój żywioł. Nie pogardzę dobrym erpegiem ani grą akcji TPP. Ponadto kinomaniak i gdy czas pozwoli, to siądę z dobrą książką.

Zostaw komentarz