fbpx

FELIETON GROWY#1: City Buildery. Stara miłość zardzewiała?

Dawno, dawno temu, w czasach, w których gry pokroju Sim City cieszyły się prawdziwą rzeszą fanów, 12-letni Don Mateo z wypiekami na buzi zagrywał się w Sim City 4, decydując zarówno jako burmistrz, jak i Bóg o tym, jak będzie wyglądać fragment ziemi, tej ziemi. Mamy rok 2019 i z tamtych czasów nie zostało praktycznie nic. Czy koncepcja City Builderów przepadła i czy jest w ogóle szansa na uratowanie tego gatunku growego? Zapraszam na pierwszy odcinek Failietonu Growego.

Taki mały, taki duży może burmistrzem być

Cofnijmy się w przeszłość, i to zdecydowanie odległą. Nasza dzisiejsza przygoda zacznie się w roku 1989, kiedy to uwielbiana przez wszystkich fanów gier i niezmiennie prezentująca świetne gry, jak też posiadająca świetny kontakt ze swoim fanbasem gigantka branży elektronicznej, Electronic Arts (mam nadzieję, że sarkazm był widoczny), a raczej jej firma Maxis postanowiła powołać do życia markę Sim City. Symulator miasta, który gwarantował nam wcielenie się w burmistrza poszczególnego amerykańskiego miasteczka, praktycznie z miejsca stał się prawdziwym hitem i podbił listy sprzedażowe branży, a firma mogła poszczycić się jednym ze swoich pierwszych sukcesów. Na trzydzieści lat po premierze pierwszego, tak dobrze odwzorowanego City Buildera, po gatunku nie zostało praktycznie nic. Czy koncepcja gry się wyczerpała? A może to sama rozgrywka zdezaktualizowała się do tego stopnia, że gracze nie mają już chęci paradować w cylindrze włodarza miasta? Moim zdaniem odpowiedź jest o wiele prostsza.

1989 rok. Tu wszystko się zaczęło

Najważniejszą częścią mojej wypowiedzi niech będzie słowo INNOWACJA. Załóżmy, że dzisiaj chcielibyśmy zrobić to, co zrobiono w 1989 roku i stworzyć najzwyklejszy w świecie symulator miasta z dosyć prostym modelem ekonomicznym, jak też satysfakcjonującym, ale powtarzalnym do bólu gameplayem. Brzmi strasznie nudnie prawda? To samo zrozumieli twórcy tego legendarnego i zdaniem niektórych “jedynego prawdziwego” City Buildera, jakim było wspominane Sim City. Przypomnijmy, że Sim City 4 w swojej formie, oprócz realistycznego modelu rozgrywki, proponowało o wiele ciekawsze zabawy, jak chociażby tryb boski, w którym to nasza metropolia mogła znaleźć się w wielkich tarapatach z powodu interwencji sił nadprzyrodzonych w postaci UFO, Ataku Godzilli złożonej z aut, wybuchu wulkanu, a my sami, za odpowiednią ilość pieniędzy mogliśmy stawiać kultowe i legendarne budynki znane z całego świata. Czy dzisiaj taki model rozgrywki sprawdziłby się i zadziwił fanów na całym świecie? Mam szczere wątpliwości.

Sim City 4 wyniosło city buildery na zupełnie inny poziom

Zacznijmy od tego, że poprzednia próba reaktywacji marki, jaką był średnio udany koszmarek o nazwie – zaskoczenie – Sim City z 2012 roku, miała w zasadzie większość funkcji, które prezentowała legendarna czwórka, z wyłączeniem legendarnego trybu boskiego. Niemniej, nadal mogliśmy budować znane budowle, ustanawiać podatki, czy rozwijać miasto, aby z małej miejscowości stać się samowystarczalnym i ekonomicznym perpetuum mobile. Jak się okazało, był to ostatni powiew marki, który zakopał ją oraz większość gatunku do dzisiaj. Co prawda istnieją naśladowcy klasycznego Sim City w postaci, chociażby Cities Skylines, które są nawet udane i próbują przejąć starych fanów produkcji Electronic Arts. Czy robią to udanie? Jeden rabin powie tak, drugi lekceważąco pokiwa głową w przeciwną stronę. Który z nich ma rację? Zarówno każdy, jak i żaden. Owszem, rozgrywka w Skylines jest bardzo przyjemna, grafika i możliwości modowania wybudowanego miasta także. Zastanówmy się jednak: czy nie widzieliśmy tego wszystkiego już w 1989 roku, tylko z trochę gorszą grafiką?

Cyniczne traktowanie legendy i przyszłość gatunku

Jak wiemy, kochane studio EA, które jest świetnym graczem na rynku, mającym świetny kontakt z fanami bla bla bla, postanowiło w praktyce zakpić ze stworzonego przez siebie fenomenu, jakim były City Buildery. Nie dość, że nie doczekaliśmy się żadnej kontynuacji tworu podobnogrowego z 2012 roku, to jeszcze pierwszy hit firmy, jakim był Sim City, doczekał się istnego wyciskania ostatnich soków ze swojej wątłej już cytryny. Wyobraźcie sobie drodzy moi, że macie herbatę, której konsumpcja sprawia wam wielką przyjemność. Aby urozmaicić smak ulubionego napoju, sięgacie po cytrynę, która potrafi nadać świetny aromat naparowi, ale także wprowadzić was w lepszy nastrój. Kiedy wyciśniecie cytrynkę raz albo dwa razy, nadal możecie liczyć na przyjemny aromat. Kiedy jednak uprzecie się na raz czwarty, piąty, szósty to nie dość, że nie będziecie mieli już smaku, to jeszcze zaczną wylatywać pestki. Takimi pestkami, jest nic innego jak port Sim City na telefony z Androidem i IOS-em, gdzie za teoretycznie darmowe pobranie (chyba nie liczyliście, że tam nie ma mikro transakcji, co nie?) możecie dostać produkt, który nie dość, że jest okrojoną wersją “dzieła” Elektroników sprzed 7 lat, to jeszcze zmusza was do wydawania dodatkowych środków tak, abyście mogli wesprzeć biedne i pokrzywdzone kieszenie Elektroników. Jak dobrze to brzmi?

Jeśli o mnie chodzi, jest jedyna droga dla City Builderów, która mogłaby sprawić, że ten gatunek nie upadnie. W zeszłym roku miałem okazję zagrywać się w bardzo ciekawą grę strategiczną, jaką było Surviving Mars. Ta strategia, w której celem była eksploracja Czerwonej Planety, połączona z utrzymaniem kolonii jest w rzeczywistości niczym innym, jak City Builderem właśnie. Co więc czyni ją wyjątkową i niesamowitą? Zdarzenia losowe, fantastyczny gameplay, w którym nigdy do końca nie wiemy, jakie zdarzenie losowe dotknie Ziemian zamieszkujących Marsa, a także sam długi proces, który potrzebny jest na stworzenie samowystarczalnej kolonii. Moim zdaniem, właśnie na tym polegał fenomen części 4 Sim City, która przez wielu jest nazywana najlepszą częścią cyklu. Rzeczywistość przez wspomniany tryb boski została tam bardzo zachwiana, a gracze o wiele bardziej od wykonanych z pietyzmem miast cenić będą rozgrywkę i niekonwencjonalne rozwiązania.

Surving Mars – ostatnia nadzieja city builderów

Podsumowując, historia City Builderów jest historią wzlotów, upadków i stagnacji, pomimo pojawiających się teoretycznie nowych produktów na rynku. Aby ten biznes miał jeszcze ręce i nogi, twórcy nie powinni ograniczać się do dokładnego odwzorowania działania miasta, bo tego gracze nie kupią. Ten pomysł był już sprzedany 30 lat temu i z racji swojej oryginalności zarobił na siebie. Jeśli pacjent ma żyć, potrzebuje całkowicie świeżego podejścia do tematu, w którym nie będzie brakować niekonwencjonalnych rozwiązań, innowacji i ciekawych wątków, które rozbudzają wyobraźnie. City Buildery zmarły śmiercią niegodną, stłamszone jako aplikacje mobilne, albo klony produktu sprzed 30 lat. Czy ich zmartwychwstanie kiedykolwiek nadejdzie?

Zobacz także: Artykuły na temat gier z gatunku City Builder

A imię moje 40 i 4…. witam w mojej kuchni, nazywam się Don Mateo i będę waszym podróżnikiem w czasie, który z mroków historii przypomni najlepsze/najbardziej pamiętne/najgorsze gry w historii, w moim małym kąciku o nazwie ,,Retromaniak”.Na ekranach waszych monitorów, będę też widniał jako felietonista, więc nie regulujcie odbiorników. Prywatnie, jestem wielkim fanem rocka i metalu, studiuję dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim.

Mateusz "Don Mateo" Wysokiński

A imię moje 40 i 4.... witam w mojej kuchni, nazywam się Don Mateo i będę waszym podróżnikiem w czasie, który z mroków historii przypomni najlepsze/najbardziej pamiętne/najgorsze gry w historii, w moim małym kąciku o nazwie ,,Retromaniak".Na ekranach waszych monitorów, będę też widniał jako felietonista, więc nie regulujcie odbiorników. Prywatnie, jestem wielkim fanem rocka i metalu, studiuję dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim.