Władca Pierścieni: Wojna na Północy – Edycja Klasyczna — recenzja [STEAM DECK]

Marka Władcy Pierścieni w ostatnich latach nie miała zbytnich sukcesów. Serial Amazonu okazał się lekką wtopą finansową, a ostatnie gradaptacje okazywały się albo słabe (Gollum), albo niszowe (Tales of The Shire). A gdy danej marce idzie źle, czas na prequele (The Hunt for Gollum) i wskrzeszanie średnich gier z poprzednich generacji. Jak sądzicie, co uczyniło studio Aspyr?

Wojna na Północy ma już 17 lat. Były to czasy Xboksa 360 i PS3, a więc jakościowo zupełnie innych gier, niż obecnie – szczególnie jeśli chodzi o growe adaptacje filmów czy książek, które często tworzono na kolanie, byle tylko zdążyć na premierę oryginału. WnP nie miała sztywnego terminu i scenariusza (bo z książkami ma wspólnego niewiele, choć nawiązań do nich znajdziecie w bród), więc twórcy mogli sobie pozwolić na kreatywną dowolność. Ostatecznie jednak była to gra bardzo przeciętna, a średnia ocen zatrzymała się w okolicach 6.

Teraz mamy 2026 rok i gra ponownie trafia do sprzedaży. Znając to wszystko, o czym wspominałem – co mam powiedzieć o remasterze? To skok na kasę, ukryta perełka, czy może uczciwe odświeżenie klasyka? Zapraszam do recenzji, w której spróbuję na te wszystkie pytania odpowiedzieć.

Dziękujemy firmie Aspyr za dostarczenie klucza do gry.

Świat

Akcja Wojny na Północy rozgrywa się w trakcie książkowej lub filmowej trylogii, jednak nie jest ona – recenzowana gra – jej bezpośrednią adaptacją. Co prawda fabuła rozpoczyna się od rozmowy z Aragornem pod Rozbrykanym Kucykiem, jednak to nie my się w niego wcielimy. Do wyboru mamy trzech kompanów walczących ze sługami Saurona: krasnoluda Farina, człowieka Eradana oraz elfią czarodziejkę Andriel. Wybór nie jest permanentny i możemy się między nimi przełączać w dowolnej chwili, przed grą lub podczas starcia (to nowość w tej edycji). Nie są to zbytnio rozpisane postacie, ale z czasem poznamy jakiś tam wycinek ich życiorysu. Szkoda tylko, że trzymając się danej postaci nie poznamy historii innych – rozmawiać może tylko jedna osoba, chyba że fabularnie cut-scenka mówi inaczej. Dlatego też trudno jakkolwiek ocenić charakter głównych bohaterów, bo usłyszymy ich rzadko. Tym bardziej szkoda, bo wcielają się w nich świetni aktorzy, ale o tym później. Zaskoczyło mnie za to, że dialogi się różnią, w zależności od tego, kim i z kim rozmawiamy; krasnoludzki handlarz inaczej przywita niskorosłego brodacza aniżeli elfa czy człowieka. Co do samego świata, to odwiedzimy parę lokacji, takich jak Fornost czy Gundabad, które może fanom filmów będą nieznajome, ale graczom The Lord of the Rings Online już jak najbardziej tak.

Historia nie jest też zbytnio rozbudowana. Ot, przedzieramy się przez kolejne pola bitew, niebezpośrednio pomagając Drużynie Pierścienia oraz walcząc ze sługami zła. Po drodze poznamy dobrze znane postacie, m.in. Elronda czy Gandalfa, jednak nasza akcja rozgrywa się gdzieś wokół historii z książek. Ostatecznie fani Tolkiena będą zadowoleni, bo klimat i założenia świata przedstawiono bardzo dobrze. Szkoda tylko, że nie można tego powiedzieć o samej rozgrywce.

The Lord of the Rings: War in the North™ - Legacy Edition | Launch Trailer

Rozgrywka

Grając w Wojnę na Północy na myśl cały czas przychodziła mi inna gra – WARHAMMER 40,000: Space Marine. Udawanie na siłę, że to całkiem podobne gry, byłoby zabawne; jednak podany przykład bardzo dużo mówi, czym recenzowany produkt się charakteryzuje. Podobnie jak w kosmosie przyszłości, tak i tu przyjdzie nam walczyć z falami wrogów (niekiedy zaskakująco licznymi), wykonując po drodze proste zadania, a także rozwijać bohaterów i wymieniać arsenał na lepszy. Nawet niektórzy przeciwnicy są wręcz identyczni, przynajmniej pod względem mechanik. W obu grach mamy też ogrom arenowych starć, możliwość walki bronią białą i dystansową, finishery oraz – przede wszystkim – tryb kooperacji. Możemy oczywiście zagrać też solo, wtedy mamy okazję żonglować bohaterami do woli, a sztuczna inteligencja (dosyć tępa i marnująca zapasy strzał i mikstur) zajmie się resztą. I tu pojawia się duży problem Władcy Pierścieni z dzisiejszego punktu widzenia – przez 17 lat takich gier powstawało bardzo dużo, często rewolucyjnych, podobnych produkcji. Wojna na Północy jest dziś echem przeszłości i nie dorasta żadnej współczesnej kooperacyjnej grze do pięt. Nie powinienem jednak narzekać na wiek tytułu, z drugiej strony już na premierę był oceniany raczej słabo. Dlatego spróbuję tu i teraz faktycznie ocenić, czy to dobra produkcja, warta polecenia – niezależnie, czy miałbym do wyboru coś nowszego, czy nie.

władca pierścieni wojna na północy recenzja

Struktura i rozgrywka mogą okazać się dla was zaskoczeniem. Twórcy bowiem starali się wrzucić do gry o wiele więcej niż tylko wciskanie przycisków, dopóki wróg nie padnie. Znaczy, tym właśnie Wojna na Północy jest, ale pod spodem kryje się sporo miłych niespodzianek. Chociażby wspomniane wcześniej dialogi – jest ich całkiem sporo i z niektórymi postaciami niezależnymi możemy nawiązać dłuższą rozmowę (dosłownie godziny opcjonalnych pogawędek!). Posłuchamy o nastrojach mieszkańców Bree, problemach elfów w Rivendell czy o zupełnie innych ludach i miejscach Śródziemia. Nie jest to stricte RPG, ale takich elementów tu więcej. Są zadania poboczne – płytkie, ale są. Jest system ekwipunku, a kolejne znajdowane bronie różnią się nie tylko wyglądem, ale również dodatkowymi statystykami (+10 do zdrowia, obrażenia od lodu itp.). Znajdziemy nawet system rozwoju postaci z drzewkami umiejętności, tych aktywnych, jak i pasywnych.

Wszystko to brzmi dobrze, ale żaden z tych elementów nie jest zbytnio rozwinięty. Największa wada recenzowanej gry ujawnia się we właściwej rozgrywce: mapy są mocno korytarzowe, nudne i puste. Arenowe starcia można wyczuć z daleka, a te przedłużają się niemiłosiernie i szybko potrafią znudzić. Ciężko cokolwiek więcej tu napisać, to typowa gra akcji do ogrania w co-opie, która na premierę mogła się podobać. W czasach debiutu Space Marine II chwalono powrót do starych, typowo growych mechanik, ale trzeba je jeszcze dobrze przedstawić…

Jednak żebym był fair, muszę przyznać, że grało mi się znośnie – podoba mi się to, że gra jest całkiem brutalna, bo to wbrew pozorom ważny element Władcy Pierścieni. Kończyny wrogów latają po całej mapie, a ciosy dobijające, choć proste, dają radochę. Walkę wręcz zrealizowano przyjemnie, z szybkimi i ciężkimi atakami na czele, jednak strzały łukiem czy kuszą, a także umiejętności specjalne są niezwykle drewniane. Do skilli możemy zaliczyć atak obszarowy, potężny cios w pojedynczego przeciwnika, chwilowe zniknięcie czy stworzenie leczącej bariery chroniącej przed strzałami (oczywiście każdy bohater ma inną ich pulę, choć to i tak nie do końca).

Umiejętności specjalne wymagają many, jednak to wskaźnik zdrowia jest tu najważniejszy. Co chwilę padamy jak muchy – już na standardowym, jedynym dostępnym na start, poziomie trudności, trzy uderzenia mocniejszego wroga wystarczą do obalenia nas. (Na szczęście kompana można podnieść, a jego zdrowie zostanie odnowione w całości). Utrudnia nam życie nawet sam ekwipunek – liczba strzał i bełtów nie jest nieskończona, a mikstury zdrowia i many kończą się w sekundę. Tych nawet nie da się odnowić, bo w rzadkich sklepikach można kupić tylko od trzech do sześciu mikstur – tak, do podzielenia na trzech bohaterów! Absurd i niepotrzebne komplikowanie i tak ślamazarnej rozgrywki.

władca pierścieni wojna na północy recenzja

Grafika i dźwięk

Pomimo że gra tak się reklamuje, nie jest to wcale remaster. Widać to w oprawie graficznej, która praktycznie wygląda identycznie jak w roku 2011. Ale nie oznacza to, że nie zrobiono całkowicie nic – ja zauważyłem dwie główne zmiany: lepsze oświetlenie (ambient occlusion dużo zmienia w ciemnych lokacjach) oraz ostrzejsze tekstury. Małych poprawek jest trochę, jednak polegają głównie na unowocześnieniu wyświetlania grafiki do dzisiejszych standardów (usprawniony HUD, 60 fps na konsolach itp.; ale również lepszy system zapisu). Dlatego nie ma żadnego sensu kupować gry jeszcze raz, jeśli liczyliście na porządne odnowienie tytułu z siódmej generacji.

Nie ma co jednak być złośliwym, bo gra i tak wygląda w porządku. Nadal jest to poziom PlayStation 3, jednak nie ogląda się tego z obrzydzeniem; może wręcz przeciwnie – z lekką ekscytacją. Co by nie mówić, uniwersum ratuje każdą grę na jego podstawie, niezależnie od samej jakości produktu. Widząc zniszczone ruiny pradawnych miast, mroczne i upiorne katakumby czy jesienne Rivendell od razu czujesz, że grasz we Władcę Pierścieni. Choć diabelnie liniowe, lokacje mają sporo głębi i zapadających w pamięć elementów. Postacie wyglądają nawet ładnie, a mo-cap do dziś daje radę, a być może bije na głowę takie Black Flag Resynced.

Gorzej jest z dźwiękiem. Na próżno szukać tu ikonicznej muzyki, a oryginalne utwory nie charakteryzują się niczym szczególnym. Są ładne i przypominające soundtrack Howarda Shore’a, ale po wyłączeniu gry szybko wypadają z głowy. Dziwię się, że aktorzy dubbingowi też tego nie udźwignęli, bo role często brzmią wręcz teatralnie. A głosów użyczali bardzo popularni Nolan North (Nathan Drake z Uncharted), Laura Bailey (Abby z TLoU2; Vex z Legendy Vox Machiny i multum innych ról) oraz Fred Tatasciore (ogrom ról bajkowych, Żołnierz 76 z Overwatcha). Wszystko jest nagrane w porządku, a jednak bardzo staro – obecnie jednak standardy voice-overu i voice-actingu stoją na o wiele wyższym poziomie.

władca pierścieni wojna na północy recenzja

Jakość

Uwaga: recenzja napisana przed pierwszą aktualizacją, wydaną dopiero miesiąc po premierze gry. Chwali się ona dedykowanym wsparciem dla Steam Decka, jednak w moim przypadku NIC nie zmieniła i wszystko pozostaje aktualne. Nie pozdrawiam cieplutko.

Jeśli grafika nie została zbytnio podrasowana, to może inne elementy dostały lifting? Tutaj też nie mam dobrych wieści. „Remaster” jest dokładnie tą samą grą, zabrakło jakichkolwiek bonusów czy chociażby małych usprawnień w mechanikach walki. Trudno mi powiedzieć, czy załatano błędy (jeśli takowe istniały), ale wiem jedno – dorzucili kolejne. Doświadczyłem aż dwóch najbardziej kuriozalnych bugów, jakie znalazłem w tym roku. Pierwszy był pozytywny – twórcy „omyłkowo” zostawili w grze niekończące się przedmioty do podniesienia. Na samym początku przygody, na środku Bree, wbite w ziemię były zbroje, bronie i mocne jednorazowe skille. Mogłem brać je do woli i od razu iść do znajdującego się zaraz obok handlarza. Zarobiłem tak grube krocie, tysiące monet, które do końca gry mi wystarczały do regularnych zakupów. W razie, jakbyście też chcieli z tego korzystać, wróćcie z Fornostu do Bree i wtedy powinny się pojawić zglitchowane rzeczy, ale dokładnych wymogów na pojawienie się buga nie znam.

Przejdźmy do drugiego dużego problemu technicznego, którym jest absolutnie fatalne wsparcie dla Steam Decka. Owszem, kontroler jest wykrywany, a gra działa na najwyższych ustawieniach w 60 klatkach, ale powodzenia w odpaleniu gry. Tutaj może być to moje szczęście, bo na YouTubie znajdziecie rozgrywkę z Decka, jednak ja w trybie przenośnym nie zagrałem ani razu. Gra działa w paru klatkach na sekundę wszędzie, tylko nie w menu. Poradniki od graczy, którzy także tego doświadczyli, nic nie pomagały, żaden Proton nie naprawiał błędu. Okazało się, że jedynym sposobem na bezproblemową rozgrywkę jest… granie w trybie Pulpitu. Brawo, Aspyr, zepsuliście 17-letnią grę, której oryginał działał na Decku bez zarzutu! Publikacja recenzji opóźniła się właśnie przez ten problem i żadna łatka do dziś tego nie poprawiła. Jak mówię, ten problem może występować tylko u mnie, ale ostrzegam w razie czego. Dla ciekawskich dopowiem, że na Full HD nie da się docisnąć maksymalnych ustawień do 60 fps, ale z Lossless Scaling jest to możliwe. Jednakże nawet wtedy niektóre lokacje z jakiegoś powodu gubią klatki.

władca pierścieni wojna na północy recenzja

Z innych wad technicznych: spolszczenie ma lekkie problemy z czcionką – posiada bardzo zbite litery, często brakuje spacji między wyrazami. Kolor fontu też jest fatalny, kto wymyślił dać bure napisy na tle burych lokacji z ery PS3? Sterowanie jest okej, jednak czuć, że twórcy byle jak dodali wsparcie dla klawiatury i czuć niekiedy, że ruch jest emulacją kontrolera. Mam nawet dowód – na premierę wszędzie były znaczki przycisków pada od Xboksa 360, a nie PC, ledwo dało się coś zrobić! Są też jakieś poważne błędy z dźwiękiem, ale ich akurat nie doświadczyłem. Już nie będę pastwić się nad ekwipunkiem, gdzie notorycznie sprzedawałem aktualnie założone przedmioty, bo były tak źle zaznaczone. Dodatkowo nie odblokowało mi się żadne osiągnięcie.

To może jakieś plusy? Multiplayer działa i dodano crossplay między Steam a Epikiem. Największe w kontekście rozgrywki nowości (względem oryginału) to możliwość przełączania się między bohaterami „w locie” oraz lokalny co-op. I tyle.

władca pierścieni wojna na północy recenzja

Ocena

Wersja odświeżona Wojny na Północy jest właściwie tym, co przed laty – a już wtedy nie była to zbyt udana produkcja. Dlatego patrząc na stanowczo zbyt wysoką cenę (92 zł), trudno nie uznać tej gry za relikt niewart poznania. Nie uważam recenzowanego tytułu za zły – bawiłem się całkiem nieźle, jednak gdybym nie znał kompletnie tego uniwersum, nie znalazłbym tu niczego ciekawego. Dlatego trudno polecić grę w 2026 roku komukolwiek innemu niż fanom Władcy Pierścieni. Gracze szukających przyjemnego co-opa mają ogrom lepszych alternatyw na rynku – jedynie jeszcze lokalny split-screen ujdzie w biedzie. Najlepszy pożytek z odkurzenia przez Aspyr tej gry jest taki, że mogą powstawać już remastery znacznie bardziej kultowych gier ze stajni książek Tolkiena – a przynajmniej tak mówią w kuluarach…

Władca Pierścieni: Powrót króla – recenzja po latach [PS2]

Władca Pierścieni: Wojna na Północy™ – Edycja Klasyczna
6.4/10
  • Świat: 7/10
  • Rozgrywka: 6/10
  • Grafika: 7/10
  • Dźwięk: 6/10
  • Jakość: 6/10
Wyciąganie staroci z zakurzonej szafy ma ten problem, że ich jakość nie musi być dobra, a my i tak je polubimy przez sentyment. Sam nie grałem w Wojnę na Północy, ale marka Władcy Pierścieni jest zbyt mocna, by przejść obok niej obojętnie. Otrzymałem grę przyjemną, ale niczym się niewyróżniającą w dzisiejszych czasach. Korytarzowe etapy i bura grafika ery PS3 powinny pójść w zapomnienie albo zostać porządnie odświeżone. Niestety, nie tym razem. To gratka dla fanów Tolkiena, dla reszty artefakt, którego nie warto już więcej tykać…

Platforma testowa SD

  • Steam Deck 64 GB
    • +Dobrze oddany klimat Śródziemia
    • +Tona dialogów, nawiązań i postaci z książek, a nie tylko filmów Jacksona
    • +Tryb kooperacji (lokalnie lub online)
    • +Dynamicznie przełączanie się pomiędzy trzema bohaterami
    • +Zadania poboczne i elementy RPG dodają głębię
  • +Niebrzydka grafika i mimika postaci
  • Liniowe poziomy
  • Arenowe bitwy przeciągające się do granic naszej tolerancji
  • Dość drewniana walka
  • Łatwa do zapomnienia muzyka i gra aktorska
  • Leniwe odnowienie, dziwne błędy i stan techniczny

Jak oceniamy gry?

Rembus

Humanista, pasjonat historii i języków obcych (przede wszystkim angielskiego) oraz j. polskiego. "Pececiarz" od urodzenia, choć posiada obydwie kieszonsolki Sony. Spokojny człowiek, który lubi pisać to, co czytacie :P.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *