
Assassin’s Creed Black Flag Resynced – o krok wstecz za daleko? Recenzja [STEAM DECK]
Dokonało się — stęskniliśmy się za starym dobrym Assassin’s Creed. A może to nie my, tylko Ubisoft zatęsknił za pieniędzmi w swoim portfelu?
Zapowiedź remake’u Black Flaga przyjąłem z zaciekawieniem, ale bez ekscytacji. Fakt, Black Flag skradł mi sporo czasu, bo ponad 45 godzin, jednak te czasy dawno minęły i nigdy nie czułem potrzeby sięgnąć po grę ponownie. Do odsłon RPG wracałem znacznie częściej i nawet takiego Shadows po ograniu podstawki odpalałem jeszcze dwukrotnie (z okazji DLC i dokończenia aktywności pobocznych) dobijając do ponad 100 godzin. A jednak to Black Flaga wspominam znacznie lepiej niż Shadows. Dlatego też wyruszenie na Karaiby było niezwykłym powrotem do przeszłości, kiedy to seria była jeszcze „świeża” i nie obchodziły nas levelowanie postaci czy mikropłatności. Obawiam się jednak, że takie cofnięcie się do starych odsłon jest błędem, który odbije się na serii za parę lat. A może ją właśnie uratuje — trudno powiedzieć.
Dziękujemy wydawcy Ubisoft za dostarczenie klucza do gry.
Świat
Resynced nie odmieniło znacząco historii znanej z oryginału, więc możecie już ją znać. Wcielamy się Edwarda Kenway’a, pirata, który podczas jednej z bitw morskich, rozbija się na bezludnej wyspie wraz z Asasynem Duncanem Walpole. Po jego pokonaniu (oczywiście nie w celach ideologicznych, a wyłącznie zarobkowym) postanawia udawać członka zakonu, by dołączyć w rangi najpotężniejszych ludzi Karaibów. Kariera nie trwa jednak długo i, przez swoją zachłanność, Kenway trafia w sam środek konfliktu wojny między Asasynami i Templariuszami.

Pod względem fabularnym, powrót do starej odsłony serii był dla mnie szokiem. Choć nie pamiętałem ją zbyt dobrze, to jednak po Valhalli czy Shadows różnicę w reżyserii widać od razu. Pomimo wielu lat na karku, przerywniki filmowe stworzone są lepiej, niż w Shadows (nie jestem jednak przeciwnikiem tych drugich, bo część była naprawdę świetnie wykonana. Chodzi o całokształ). Dużą role gra tu główny bohater, który jest powiewem świeżości — po poważnym Yasuke czy Basimie, Kenway zyskuje na „szczerości”. Jest wygadany, trochę naiwny i porywczy, arogancki i zuchwały. Takiego bohatera Assassin’s Creed już dawno nie miał, dlatego też jest to duży plus gry. Jednakże sam scenariusz jest nierówny — przez to, że musiano jakoś wepchnąć tam wątek asasynów, fabuła niekoniecznie wie, jaką drogą ma się kierować. Z jednej strony dostajemy świetny wątek historyczny, z bardzo dobrze przedstawionymi prawdziwymi wydarzeniami, z drugiej — papka o jakimś artefakcie i rządzeniu światem. Fabuła dobrze się zaczyna, ale gdy zostaniemy obrzuceni zadaniami pobocznymi, systemami, własną przystanią, otwartym światem i postaciami niezależnymi, cała intryga schodzi na drugi czy nawet trzeci plan. Bliźniaczy Rogue robił to znacznie lepiej. Myślę jednak, że jest to akurat atut i przez tak dużą wolność w wybieraniu następnych celów gracze tę grę pokochali. Nie bez przyczyny nazywano Black Flaga „najlepszą grą piracką”, a nie „najlepszym Asasynem” — i Resynced tego nie zmienia. Twórcom udało się jednak opowiedzieć samą historię Kenway’a bardzo dobrze, wraz z zapadającymi w pamięć (historycznymi zresztą) postaciami i pamiętnymi momentami. Widziałem, że historia Black Flaga jest uważana przez graczy za jedną z najlepszych w serii — z tym się nie zgodzę, ale pod względem głównego bohatera — jak najbardziej.

Resynced dodał do historii kilka rzeczy, w tym 6 godzin zupełnie nowych zadań i cutscenek. Przede wszystkim otrzymaliśmy trzech nowych oficerów z własnymi zadaniami pobocznymi. Ich historie są zaskakująco dobrze napisane, z równie niespodziewanymi scenami. Oczywiście pełnią też rolę gameplay’ową; taki ojciec Padre ma przepotężną umiejętność taranu. Do tego dochodzi zupełnie nowy rozdział gry, który jest całkowicie opcjonalny. Nie chcę o nim wielce opowiadać, bo wchodzę na teren spoilerów, jednakże wiąże się również z nowymi oficerami, starymi kompanami, jak i trzecioplanowymi członkami załogi. Po prostu kogo się dało, twórcy wrzucili do ponad godzinnego wątku zemsty. Wzbogacono też lekko przeszłość Kenway’a, jak i przyszłość postaci niezależnych (wspomniane zadania poboczne). Niestety wszystko inne zostało w oryginalnej formie, i to do tego stopnia, że każda cutscenka z podstawki wygląda identycznie, nawet jeśli nowa grafika je znacząco upiększyła. Są jednak pewne odstępstwa w strukturze misji; dla przykładu zabójstwo pewnego Templariusza z początku gry zostało rozbudowane, z opcjonalnym celami i większą swobodą. Dodatkowo z gry wyleciał kompletnie wątek teraźniejszy — może i dobrze, bo był jednym z najgorszych w całej serii. Zamiast tego mamy animusowe anomalie podobne do tych z Shadows, jednak trochę ciekawsze (podkreślam „trochę”). Jest ich 4 i każda sprowadza się do alternatywnych wydarzeń z życia naszego pirata.

Rozgrywka
Rozmowy o rozgrywce zacznijmy od podwalin — czym jest Black Flag? Czy remake stworzony jest w duchu oryginału, czy nawiązuje bardziej do nowszych odsłon serii? Odpowiedź to „tak”. „Tak”, ponieważ wszelkie aktywności są przeniesione bardzo wiernie. Z drugiej strony walka czy wiele innych mechanik doczekały się gruntownych zmian. Ciężko jednoznacznie to stwierdzić czy to remaster, czy remake, jednak niniejsza recenzja powinna dać wam wystarczająco szczegółów, by samemu stwierdzić, jaka jest prawda.
Niezależnie od pracy włożonej przez Ubisoft, cały szkielet mieli już z głowy. A był on szalenie wciągający — ponownie wcielamy się w pirata okradającego magazyny pełne łupów i zdobywającego statki robiąc z jego załogi ser szwajcarski. Możemy ciągnąć fabułę główną do woli, jednak najprzyjemniejsze jest po prostu pływanie po otwartych wodach i zwiedzanie wysp. Eksploracja w Black Flagu jest bardzo intuicyjna i niezwykle przyjemna; zwiedzanie wysp i małych osad daje mnóstwo zabawy. Nie wszędzie jednak możemy się dostać, a takie miejsca są specjalnie oznaczone, pełne aktywności pobocznych. W znacznej większości są to wyspy, na których obozują Hiszpanie lub Anglicy. Raz są po prostu przeszkadzają w zbieraniu znajdźiek (skrzynie, listy, mapy skarbów), innym razem pilnują magazynu. Działa on podobnie jak zamki z Shadows; trzeba znaleźć klucz, by otworzyć szopę z kosztownościami. Żeby nie było, zamki były niesamowite nudne i powtarzalne, tutaj za to posiadają jakąś mikro fabułę. Dla przykładu na jednej z wysp musiałem przeszukać dom gubernatora. Odkryłem tam, że klucz miał strażnik, który karmił pupila zarządcy — krokodyla. Szybka orientacja w terenie i odnalazłem ciało nieszczęśnika przy wspomnianym gadzie. Z innych umilaczy mamy m.in. szukanie stelaży majów, co sprowadza się do rozwiązania prostej zagadki. Albo ściganie za tekstami szant — również zaliczają tu powrót z Black Flaga. Wymogiem wyczyszczenia listy aktywności są również polowania na zwierzęta. Krokodyle, małpy, jaguary, rekiny, dziki, jest tego dużo, a ich skóry wymagane są do ulepszeń naszego zdrowia czy większych pochw na naboje bądź bomby.

Twórcy przed premierą starali się przekonywać, że Resynced nie jest grą RPG. I to prawda, bo w żadnym razie nie jest aż tak ogromna, jak Valhalla czy Shadows. Jednakże nadal mówimy o sporej grze — zrobienie 100% zajmie wam jakieś 50 godzin. Wlicza się to wyczyszczenie wszystkich wysp, wykonanie zadań pobocznych czy pokonanie czterech legendarnych statków. A jakże, jedni z najtrudniejszych przeciwników w całej serii znów tu powracają. Pamiętam, że w oryginale nie dałem rady ich pokonać, co może być w remake’u jeszcze trudniejsze — o tym wspomnę później. Aby sprostać wyzwaniom na morzu, musimy dbać o naszą łajbę. Wśród ulepszeń znajdziemy zupełnie nowe działa i armaty, lepszy rodzaj kul czy potężniejszy kadłub. Jest tu tego masa i cały end-game może sprowadzić się do misternego polepszania statystyk statku. System walki nim nie uległ zmianie — standardowo musimy sprawnie manewrować, by jak najmniej otrzymać kul, a jak najwięcej ich wypuścić na nieprzyjaciela. Wśród broni mamy boczne armaty, moździerz na daleki dystans, płonące beczki czy małe działka idealne do szczegółowych trafień. Bardzo ważnym elementem jest tu fizyka wody — wysokie fale mogą osłonić nas przed kulami, ale również zadać nam obrażenia. Podczas burz możemy nawet spotkać pioruny czy tornada. Dlatego też system pogody został mocno podrasowany i nie tylko świetnie wygląda, ale również realnie działa na prowadzone starcia. Swoją drogą możemy też nurkować w dowolnych akwenach i tutaj też gra błyszczy. Szukanie skarbów pod wodą sprawiało mi masę radości, nawet więcej, niż się spodziewałem.

Zejdźmy na ląd i porozmawiajmy o systemie walki. Początki łatwe nie były; Resynced mocno inspiruje się walką z Mirage (a szczególnie tym, że zdrowie samo się nie odradza) i łączy to z dynamiką starego Black Flaga. Z tego drugiego powraca zabijanie w łańcuchu, czyli pokonywanie całych grup natychmiastowo. Z nowszych odsłon mamy system ogłuszania przeciwników po przebiciu obrony — wtedy możemy wykończyć wroga jednym przyciskiem. Walki stały się zdecydowanie trudniejsze, ale z głównie przez potrzebę wyuczenia się mechanik na nowo. Po kilku godzinach zacząłem „czuć” bloki i efektywne kontry na przeciwników. Szczególnie trudniejsi przeciwnicy zjadali mi cały pasek zdrowia na śniadanie. Walczyć trzeba więc metodycznie, myśląc przede wszystkim o obronie przeciwnika niż jego zdrowiu, a wpadnięcie w rój wrogów może skończyć się fatalnie. Niebezpieczeństwo czułem podczas rozróby w mieście, gdzie nie tylko służby były w stanie mnie dogonić i oskrzydlić, ale również atakować mnie z dachu strzelając z pistoletów. Jeśli chodzi o samych przeciwników, do gibkich kapitanów oraz osiłków z siekierą doszedł również strażnik z garłaczem; strzela on podpalającymi pociskami i rzuca ładunki wybuchowe.

Do dyspozycji dostaniemy kilka umiejętności specjalnych. Niezwykle przydatnym orężem będzie lina z hakiem, by przyciągnąć niemilców do nas. Możemy skille łączyć ze sobą, więc z linką idealnie sprawdza się kopnięcie, które przewraca przeciwników. Niszczy to ich obronę, więc stają się prostym łupem. Mamy też rzecz jasna pistolety świetne na odległość, a w walce w zwarciu posłużą do ogłuszania. Ze zmian na pewno trzeba wspomnieć, że nie możemy już używać ukrytych ostrzy (tylko do skrytobójstw) oraz samych pięści (tylko do aktywności pobocznych). Dużo zmianą jest też znacznie ulepszony system skradania, o których problemach powiem potem. Na koniec mamy też rzecz jasna parkour. Jest on złączeniem systemu z odsłon RPG z tym „blackflagowym” — ogółem, jest bardzo dobrze, skacze się przyjemnie, a wprowadzony w aktualizacji do Shadows manualny skok znaczenie zwiększa potencjał miejskich wygibasów (należy tylko go włączyć w opcjach — nie wiem, dlaczego Ubisoft tak nie chce tego wprowadzić domyślnie). Pamiętajcie tylko, że z wspinania się na wszystko z trzech pierwszych odsłon dawno już zrezygnowano i nie wszędzie można się równie łatwo dostać.
Aby dokupić pociski, ubrania czy nowe giwery, musimy mieć dwie rzeczy: dany surowiec i pieniądze (czasami też schematy). Materiały zdobywamy podczas starć morskich i polując na zwierzęta, a pieniądze z wielu różnych źródeł. Prawdopodobnie najlepszym sposobem na zarobek to, prócz szukania ukrytych skarbów, rozbudowa naszego portu. Tak, powraca tutaj Wielka Inagua, która została potężnie odrestaurowana. W przeciwieństwie do oryginału rozbudowa osady zyskała na głębi; nie tylko można kilkukrotnie ulepszać usługi, ale też przybyły nowe. Na pewno domyślicie się, co można kupić u zarządcy doku lub w sklepie, ale znajdziemy też nietypowe budynki, jak łowca skarbów. Naprawia on mapy ze znalezionych podczas eksploracji kawałków map, które złożone w jedną doprowadzi do unikatowego skarbu. Każdy budynek zwiększa nas pasywny dochód, który trzeba własnoręcznie odbierać co pół godziny, a także zyskujemy też inne profity, jak darmowe rekrutowanie tancerek (state dobre kurtyzany z AC2) czy większa szansa nie konwoje królewskie. Dodatkowo otrzymujemy rezydencję; możemy umieścić tam miecze, obrazy, wazy i inne ozdoby znajdowane podczas przygód. Całość przypomina więc kawiarnię z Unity lub wioskę z Valhalli, co zawsze było mile widziane w serii. Na wyspie poznamy również całą minigrę w zarządzanie flotą. Mocno się ona zmieniła i obecnie działamy tylko na Morzu Karaibskim, wysyłając nasze statki do walki i wykonując losowe zadania.

O większych i mniejszych zmianach można mówić długo. Nie wspomniałem o elementach wyposażeniach poprawiających nasze statystyki, o wygodnej mapie i dostępie do misji na niej. Nie ma już minimapy zastąpioną znanym przez wszystkich kompasem, miasta za to już nie są oddzielonymi instancjami i można do nich wejść z portu czy z morza. Na nasz statek można zaprosić udomowione zwierzę, a te na lądach można głaskać lub karmić, np. żółwie. Usunięto fragmenty animusa i zastąpiono je danymi z Shadows, a, z czego szczególnie jestem zadowolony, z Japonii wróciły specjalnie ikony, po których obejrzeniu otrzymujemy historyczne notki w kodeksie. Do statku możemy się teleportować z każdej lokacji, a walka w fortach przypomina teraz najazd z Valhalli. Zniknęły też warunki pełnej synchronizacji w misjach, przez co gra jest łatwiejsza do wyplatynowania (choć nadal wymagająca przez wspomniane legendarne statki). Nie ma już zresztą misji śledzenia kogoś — a jak już, to w każdej chwili możemy włączyć się do akcji bez konieczności restartu. Warto jeszcze wspomnieć, że wyrzucono tryb multiplayer. Dobra, starczy — rozumiecie już, że trochę się pozmieniało i nawet dla tych, którzy pamiętają grę doskonale, znajdzie się wiele nowych smaczków.
Grafika i dźwięk
Nie chcę się wgłębiać, czy grafika oryginału potrzebowała odświeżenia. Ważne jest, że unowocześniony silnik mógł wycisnął ze świata o wiele więcej, niż Xboks 360 mógł przetworzyć. Karaiby nigdy nie wyglądały tak dobrze i to chyba w żadnej innej grze pirackiej. Ocean, roślinność oraz miasta wyglądają tu fenomenalnie. Dawno nie widziałem tak dobrego cieniowania; intensywność światła dynamicznie zmienia się od tego, czy jesteśmy pod zadaszeniem, czy na pełnym słońcu, a cienie pięknie „przelewają” się na postaciach i otoczeniu, co jest zasługą ray tracingu (do odpalenia nawet na Steam Decku). Szczególnie dobrze wygląda pogoda i pora dnia — zachód słońca zatapia (hehe) statki w mocnym cieniu, a nocne wystrzały z armat pięknie podświetlają kadłub. Postacie za to zyskały lifting i nie muszą już wstydzić się swoich sztucznych twarzy.

Mam wrażenie, że Ubisoft podrasował dosłownie każdą teksturę tworząc ją od zera. Lokacje da się rozpoznać, jednak po samej topografii terenu, niżeli przez jej wygląd. Widać to choćby w Hawanie, które miasto gruntownie odrestaurowano. Dodano wiele szczegółów, czy to na fasadach budynków, czy na ziemi, ale również dodano zupełnie inne elementy, takie jak baldachimy czy rusztowania, co uprzyjemnia parkour. Sporą zmianą jest również kolorystyka — oryginał nikt by nie nazwał grą szaro-burą, jednak w porównaniu do Resynced tak właśnie go bym określił. Gra stała się o wiele bardziej jasna, klimatyczna i „tropikalna”. Kolor wody również jest widocznie cieplejszy i bardziej zachęcający do wykąpania się. Nie zapominajmy też o falach, które nie tylko świetnie wyglądają, ale również czuć ich wpływ na poruszanie się i fizykę statku.
Jeśli chodzi o negatywy, nie jest ich dużo. W bród tu niepasujących dźwięków (interfejs sklepu) i assetów (krzyk tłumów). Niestety interfejs jest dość brzydki, zbyt „animusowy”. Naprawdę lepiej byłoby odejść od szarych lub cyfrowych teł, bo wybija to z immersji. Sporym problemem są fatalne mocupy podczas nowych cutscenek; oryginalne są poprawione, ale te zupełnie nowe są o wiele gorzej wykonane. Przytrafiło mi się nawet, że NPC na mojej wyspie nawet nie otwierał ust. Niewielkich poprawek wymagają animacje walki, choć mnie bolały szczególnie wszelkie skrytobójstwa. Nie wiem, kto w Ubi podjął decyzję, żeby soczyste skryte ataki stworzyć tak drewnianie — kamera tu szaleje, tylko by pokazać „epicki kill” niczym byłoby to coś niesamowitego.

Jedną z bardziej pamiętnych cech Black Flaga była zdecydowanie muzyka, którą po latach umiałem zanucić. Remake tej kwestii raczej nie tykał, co nie oznacza, że zostawiono je w oryginalnej wersji. Utwory zostały tylko lekko zmodyfikowane, co nie jest wadą; wręcz przeciwnie, od razu podczas pierwszej bitwy na morzu rozpoznałem ikoniczne szanty (których trochę dorzucono, przez co jest ich około 40!) czy utwór przewodni. Ważne, że jako kompozytor powrócił Brian Tyler, więc nic nie zepsuto. Aktorsko jest w porządku — akurat subiektywne mówiąc nie przepadam za rolą Matta Ryana (a może mam wysoko podniesioną poprzeczkę po Shadows, gdzie język japoński brzmiał bezbłędnie), ale do Kenway’a całkiem pasuje. Całość nagrano jeszcze raz, więc jakość nie straszy już starym wykonaniem. Co by jednak nie mówić, stary Kenway brzmiał lepiej, może być to spowodowane też gorszą reżyserią lub mocupem w Resynced. Na plus wychodzą zupełnie nowe dialogi, których jest setki. Pirat komentuje teraz nowe łupy, zakończenie starć czy odwiedzane miejsca.
Jakość
Muszę pogratulować twórcom warstwy technicznej. Grałem na Steam Decku i było to zaskakująco przyjemne doświadczenie. Dla porównania: Mirage działał całkiem sprawnie, w okolicach 40-50 klatek, natomiast Shadows jest do dziś średnio grywalny przez swój ogromny świat pełen roślinności. Black Flag też przecież wabi bujnymi dżunglami, jednak ocean mocno zmniejsza użycie karty graficznej. A więc gra działa w 30-45 FPS, a nawet wyżej na otwartych wodach. Nie zaszalejemy z ustawieniami (warto tylko zwiększyć rozdzielczość tekstur i jakość postaci), jednak wraz z Lossless Scaling gra się wyśmienicie. Przy tym na ekranie Decka wygląda rewelacyjnie i jedyne, na co mogłem narzekać, to grafika wody, która wyglądała niczym z oryginału. No i włosy wyglądają paskudnie, jednak akurat opcja graficzna je upiększająca wcale nie jest bardzo „klatkożerna”, przez co polecam ją włączyć. Nie miałem problemu ze sterowaniem, a plus trzeba dać także za brak potrzeby stałego podłączenia do internetu (bodajże trzeba raz się zalogować do gry po instalacji). Szkoda tylko, że Ubisoft Connect może utrudniać prawidłowe i szybkie włączenie się gry, nawet na wersji Steam.

Błędy? Wydaje mi się, że było ich mniej, niż w oryginale. Raz wypadłem poza mapę, ot co. Bardziej rzuciło mi się w oczy mocno podkręcone SI wrogów. Mogą nas wykryć nawet w krzakach, do tego słyszą ciche eliminacje i podchodzą do martwych kolegów. Dodatkowo powieszanie kogoś na drzewie jest absolutnie nieprzydatne, bo przyciąga uwagę natychmiast wszystkich dookoła. Przez to wszystko skradanie się jest tu o wiele trudniejsze, niż się tego spodziewałem, jednak przez zaskakująco gorszą od Shadows SI, gdzie była prawie perfekcyjna. Nie umiałem powiedzieć, dlaczego raz ktoś mnie wykrył, a drugim razem nie. Bardzo wymagające są tu bitwy morskie — wstyd powiedzieć, ile razy poszedłem na dół podczas pierwszych godzin gry. Ubisoft znany jest z tony opcji dostępności, przez co możemy poziom trudności ustawić w dowolny sposób; mamy tu suwaki od skradania się, bitw morskich, a nawet minigierek. W końcu z ulgą przyjąłem naprawiony interfejs gry; w Shadows ekrany ładowania (np. przy rozmowach ze sprzedawcami) trwały wieczność, a i sama gra lubiła zatrzymać się, by dograć tekstury. Tutaj nigdy nic takiego mi się nie przytrafiło, a wszelkie interakcje z NPC były natychmiastowe. Powinienem wspomnieć lub skrytykować też mikropłatności, jednak tego nie zamierzam robić. W sklepie widnieją tylko kosmetyki, nie widziałem nawet paczek z surowcami (niestety nadal jest nienawidzony przeze mnie i masowo kupowany Map Pack, jednak wszelkie znajdźki będą i tak zaznaczone na mapie po synchronizacji punktów widokowych). Niestety Black Flag Resynced ma podobną chorobę co Shadows — grind tu jest potężny i twórcy nawet próbują zmanipulować graczy do stracenia swoich zasobów. U sprzedawców możemy sprzedać potrzebne do ulepszeń przedmioty — nie róbcie tego! Grosiwa nie zarobicie na tym dużo, a tylko stracicie dostęp do szybkiego rozwoju łajby. W end-gamie będziecie musieli grindować surowce nawet parę godzin, walcząc tylko statkami lub rabować odnawiające się magazyny (podobnie, jak zamki w Shadows). Ehh, wielka szkoda.
Mam problem niewiążący się stricte z Black Flagiem. Resynced się sprzeda, to jest oczywiste. Na taki sukces Ubisoft czekał i pewnie już szykują jakiś kolejny remake. I choć z wypiekami na twarzy wyczekuje remake’u „jedynki”, to martwię się o przyszłość serii. Resynced to nie Resident Evil 2, czyli odświeżenie niemal idealne, które narodziło serię na nowo i rozpoczęło masowe remake’owanie. Nie chcę grać znowu w trylogię Ezio z identyczną fabułą i wyciętym wątkiem współczesnym, bo „aktualnie ona nie pasuje” (podobnie, jak tutaj). Liczę, że te najstarsze odsłony zyskają o wiele więcej uwagi i faktycznie będą większe lub ciekawiej zrobione. Zobaczymy, co przyniesie przyszłość, a na razie jestem bardzo zainteresowany kolejną odsłoną, Hexe, która może okazać się najciekawszą odsłoną od dawna.

Ocena
Assassin’s Creed Black Flag Resynced nie jest chamskim skokiem na kasę. Jest to odświeżenie dobre pod każdym względem, ale nieidealne. Otrzymałem to, na co liczyłem w naprawdę dobrej szacie graficznej i z ulepszonymi mechanikami. Tylko z tyłu głowy czułem, że jednak jest to ta sama gra w innym opakowaniu — gry sprzed ery odsłon RPG, kiedy na powtarzalne mechaniki Ubi-gry narzekaliśmy. Widać to w wielu elementach, od fabuły po konstrukcję świata. Czy na pewno warto się do tych czasów cofać? Jednakże oryginał był już świetną grą, więc Resynced przeznaczone było nią też się stać. Mamy tu nadal ciekawe postacie z Kenway’em na czele, wart eksploracji ogromny świat, sporo aktywności i całą mechanikę pływania statkiem. Grało mi się świetnie i gra nadal, bo jeszcze sporo zatopionych statków przede mną. Stary, dobry Assassin’s Creed — witamy.
Ten „gorszy” Black Flag, czyli Assassin’s Creed: Rogue – recenzja po latach [PC]
- Świat: 8/10
- Rozgrywka: 9/10
- Grafika: 9/10
- Dźwięk: 8/10
- Jakość: 8/10
Platforma testowa SD
- Steam Deck 64 GB
- +Niesamowity klimat pirackich Karaibów
- +Jeden z najlepszych głównych bohaterów serii i postacie drugoplanowe
- +Spory świat pełen ciekawych aktywności pobocznych i miejsc do odwiedzenia
- +Grafika jakimś cudem równie dobra lub nawet lepsza niż w Shadows
- +Poprawione skradanie się, bardziej przemyślany system walki
- +Walka na otwartych wodach nadal bawi
- +Ogrom zmian, poprawek i dodanych szczegółów
- +Nowa zawartość: oficerzy, opcjonalny rozdział, lekko wzbogacona mapa
- +Spora gama ustawień, opcji, m.in. poziomu trudności oraz optymalizacja
- –Zbyt małe zmiany w fabule i przerywnikach filmowych
- –Problemy z SI, fatalny mocup, denerwujący interfejs i dźwięki
- –Wątek współczesny zastąpiono jeszcze gorszym (choć opcjonalnym)

