
INDYK NA PARZE #19: Reigns: The Witcher – dojenie martwej krowy?
„Nie chcę, ale muszę” – tak mogę podsumować swoją reakcję, gdy zobaczyłem nową odsłonę Reigns podczas przeglądania nowości na Steamie. Nie jestem szczególnym fanem gier studia Nerial, ale nie odpuściłbym sobie ponownego zatopienia się w świat Wiedźmina, zwłaszcza że jestem zwolennikiem podejścia: dobra parodia jeszcze nikomu nie zaszkodziła.
Trzon rozgrywki to stare, dobre Reigns, gdzie podejmujemy decyzje, przesuwając kartę z naszym rozmówcą w lewo lub w prawo – jak na Tinderze – i próbujemy utrzymać dobre stosunki ze wszystkimi frakcjami. Utrzymanie balansu jest jednak dość trudne, a jeśli któryś ze wskaźników będzie za wysoki lub za niski, gra kończy się zwykle naszą śmiercią, pozostawiając nam tylko rozpoczęcie kolejnego podejścia.

To podstawa, ale co dodaje nam ten tytułowy Wiedźmin? Oczywiście wszystko zaczyna się od Jaskra, a właściwie jego wielkich ambicji, gdyż dobrze znany nam poeta postanawia zdobyć tytuł najbardziej znanego barda na Kontynencie. W tym celu zamierza tworzyć jak najlepsze ballady z Geraltem jako ich głównym bohaterem. Jak w klasycznym Reigns, każda rozgrywka to próba utrzymania Siwego przy życiu jak najdłużej, a by tego dokonać musimy utrzymywać w równym stopniu dobre stosunki z ludźmi, nieludźmi i czarodziejami, a także za bardzo nie oddalać się od bycia wiedźminem. Uważam, że jest to sprytny zabieg, który pozwala nam zabić Geralta i mieć Geralta.

W końcu jeśli jednak zginiemy, to nic się nie stało, bo była to tylko jedna z wielu ballad Jaskra, prawda? Pozostaje nam tylko wysłuchać opinii widzów, odblokować nowe inspiracje i ruszyć ponownie na szlak. Inspiracje losujemy na początku przygody, a od tego, jak bardzo się na nich skupimy, zależeć będzie nasz wynik końcowy – warto więc mieć je na uwadze. Poza tym nowe inspiracje prowadzą nas również do innych, często absurdalnych ścieżek, a o to w tej grze głównie chodzi. Pojawiły się też nowe elementy, jak prosty system walki oparty na zręcznościowym unikaniu ataków przeciwnika i wykonywaniu kontrataków, wspieranych oczywiście wiedźmińskimi znakami. Pojedynki są nieskomplikowane, ale wymagają pewnej wprawy i wyczucia tempa przeciwnika, a także zwrócenia uwagi na schemat jego ataków.

Grafika jest prosta, lecz urocza. Co prawda niektóre postacie rozpoznamy raczej po opisie, ale jest to wpisane w artystyczny kierunek Reigns i w ogóle nie przeszkadza w rozgrywce ani nie wpływa na jej czytelność. Jeśli chodzi o muzykę, mam nieco mieszane odczucia, ponieważ jestem prawie pewien, że większość – jeśli nie wszystkie – utworów, które usłyszymy, pochodzą z Wiedźmina 3. Najbardziej charakterystyczny i towarzyszący nam przez większość gry będzie motyw muzyczny z Gwinta. Uważam to za świetny żart na poziomie meta, gdyż w Reigns również „gramy kartami” w uniwersum wiedźmina… Czy ten recykling to problem? Nie, ale oczekiwałbym czegoś więcej.

Mój werdykt? Polecam, ale… tylko na urządzeniach mobilnych. Oczywiście Reigns: The Witcher będzie działać perfekcyjnie na każdym PC czy innej konsoli (na Steam Decku również działa bez zarzutu), jednak forma rozgrywki sprzyja szybkim partyjkom w autobusie lub poczekalni u dentysty. Na dłuższe sesje w domu większość z nas wybierze coś bardziej wymagającego. Innym problemem możne być to, że fani Wiedźmina mogą też być zawiedzeni i stwierdzić, że to tylko skok na kasę, a entuzjaści oryginalnych gier z serii Reigns mogą nie do końca łapać wszystkie smaczki. Dla kogo jest więc ta gra? Wydaje mi się że, dla osób zaznajomionych z uniwersum, które w wolnych chwilach mają ochotę uśmiechnąć się do swojego smartfona. Jak za tę cenę, uznaję że to uczciwa oferta.
Wygrywasz albo giniesz – Reigns: Game of Thrones – recenzja [PC]
