
INDYK NA PARZE #17: BALL x PIT – gdy prostota łączy się z geniuszem
Nie śpię po nocach, bo widzę je…
Kule.
One nacierają!
Do gatunku roguelike i roguelite podchodzę z dużą rezerwą. Gdy co i rusz gdzieś dostrzeżę mapę „runu” skopiowaną milion razy z Slay the Spire, odzywa się żołądek oraz tick w postaci kliknięcia „zignoruj” w witrynie Steama. Na szczęście BALL x PIT to coś zupełnie innego, przykład genialnego, choć banalnego pomysłu, który idealnie ubrano w rogalikowy płaszczyk.
Dziękujemy wydawcy Devolver Digital za dostarczenie klucza od gry do recenzji.
O „kulkach” mogliście słyszeć bardzo dużo w zeszłym roku, gdy gra ta wręcz eksplodowała, zbierając przytłaczająco pozytywne recenzje. Spróbuję w tej recenzji odpowiedzieć na pytanie skąd wziął się sukces BALL x PIT, jednak wpierw parę słów dla niewtajemniczonych.
Rozgrywka opiera się na lawirowaniu pomiędzy potworami i ich pokonywaniu na sunącej bez przerwy w górę pionowej planszy. Nasz heros ma dość niecodzienną broń — zamiast mieczy czy magii, strzelamy tu kulami, które odbijają się o ściany oraz przeciwników. Musimy więc tak ustawiać linię strzału, by jak najlepiej wykorzystać błędy w linii wroga. Dla przykładu „dziura” w szyku to idealne miejsce, by posłać lawinę kul, które zaczną się odbijać pomiędzy pionkami. Jakkolwiek bym rozgrywki nie opisał, jest ona tak prosta w zrozumieniu, że poczujecie ten rytm już przy pierwszym podejściu. Paradoksalnie nie nazwałbym grę arcade’ową — wbrew przeciwnie, to rasowa strategia oparta zarówno na taktyce, jak i szczęściu! A do tego bardzo szybka i satysfakcjonująca.
Jak na roguelike’a przystało, duże znaczenie ma to, co wylosujemy podczas danego podejścia. Z pokonanych wrogów otrzymujemy kryształy, które wzmacniają naszą postać. Identycznie, jak w Vampire Survivors, za zebranie pewnej ilości nasza postać zdobywa poziom, a my możemy wybrać daną umiejętność. Najważniejsze będą kule specjalne — elektryczne, zatruwające, zamrażające czy przechodzące przez wrogów. Do tego dobieramy skille pasywne, których wymienienie wszystkich granicy tu z cudem. Każda bitwa wygląda inaczej, bo szczęście losowań z tak dużej puli zawsze sprowadza się do odkrycia nowych zależności i pomysłów na buildy. Do złożoności systemu wkrada się również tzw. reaktor fuzji. Jest to rzadziej wypadający z wrogów przedmiot, który ulepsza nam znalezione wcześniej umiejki. Jednakże ciekawszymi funkcjami są fuzje, czyli połączenia dwóch kul specjalnych w jedną obdarzoną obiema mocami, lub ewolucja tworząca zupełnie nowy rodzaj „piłki”. By to zobrazować, dajmy taki przykład: kula błyskawic atakuje kilku wrogów jednocześnie, a lodowa ich zamraża. Po połączeniu możemy zamrozić wszystkich wrogów wokół i dodatkowo zadawać obrażenia od błyskawic. Albo kula trująca, zabierająca obrażenia czasowe, połączona z duchem przenikającym przez pionki. Takich zabaw jest tu od groma i minie wiele godzin, nim poznacie wszystkie tajniki tej produkcji.

No właśnie, zawartość nie jest wcale mała. Pomiędzy walkami wracamy do naszej bazy, na której przyjdzie nam zbierać surowce i budować chaty ulepszające na stałe nasze statystyki. Całość ma również formę „bilarda”, bo aby coś zbudować, musimy trafić w obiekt kilka razy naszymi „pracownikami” odbijających się od farm, lasów i budynków. Brzmi to absurdalne, ale nawet tutaj twórcy umiejętności połączyli taktykę ze szczęściem. Nie spędzimy w bazie dużo czasu, bo zbiór możemy przeprowadzić tylko raz. Tutaj również wybierzemy, którego bohatera zabrać na kolejną „przejażdżkę” (uprzednio budując mu jego dom). Każdy z nich ma inną startową kulę specjalną, a także cechę specjalną i statystykami. Aby tylko uchylić rąbka tajemnicy wspomnę, że z czasem odblokujemy m.in. bliźniaków strzelających osobnymi kulami w lustrzanym odbiciu (genialne!) czy myśliciela wybierającego umiejętności za nas. Kolejne postacie i umiejętności odblokowujemy po ukończeniu paru dostępnych w grze plansz wyróżniających się od siebie estetyką i wrogami (np. na lodowej szkielety mają tarczę, która blokuje nasze kulki z danej strony). I teraz dodajcie to wszystko, skille, postacie, fuzje, ewolucje, ulepszenia stałe i podnoszenie poziomów bohaterów, a dostaniecie zaskakująco złożony system obrany w prostą otoczkę.

Unikatowość widać też w strefie audiowizualnej. Grafika BALL x PIT subiektywnie przywodzi mi na myśl erę PS1 lub pixel-art, ale z bardzo dobrym liftingiem. Najważniejsze było, by gracz nie dostał oczopląsu od wyskakujących wszędzie kulek i zazwyczaj gra jest czytelna. Trochę przesadzono jednak z efektami specjalnymi, szczególnie podświetleniem wroga przy trafieniu. Nie polecam grę zdecydowanie dla ludzi z padaczką, choć w ustawieniach można te efekty stonować. Przeciwnicy (wyróżniający się od siebie umiejętnościami) wyglądają znakomicie, a ich wpasowany w rytm muzyki efekt dźwiękowy, sygnalizujący, że nam nie idzie, świetnie buduje napięcie. Nawet w tak prostej grze człowiek na bezdechu próbuje odpierać kolejne zastępy wrogów, aż do jego niechybnej zguby przez źle dobrany build. Jeśli chodzi o stan techniczny, nie mam nic do dodania. Tytuł działa bezbłędnie na Steam Decku, niezależnie czy przenośnie, czy na ekranie full HD.

Dzieło Kenny Sun and Friends trudno jakkolwiek prosto ocenić. Bo jak ocenilibyście bilard czy kręgle? Że są zbyt proste i nudne? A Tetris? Te gry są kultowe i ciężko opisać, dlaczego właśnie tak jest. Sukces BALL x PIT bierze się według mnie z połączenia strategii i prostoty, nieprzerwanego hazardu i satysfakcji naszych działań. Z drugiej strony to gra niczym z automatów zrobiona na dzisiejszy rogalikowy gust, bez większej fabuły i zaangażowania. Po prostu geniusz w prostotcie — oto przepis na sukces.
Całą serię Indyk na Parze znajdziecie w tym miejscu.
INDYK NA PARZE #8: PlateUp! – czyli kooperacyjny roguelike w restauracyjnym sosie
