RETROMANIAK #149: Pięć gier z pierwszego PlayStation, które aż się proszą o odświeżenie

W dzisiejszym RETROMANIAKU będzie kilka gier z czasów kultowego PlayStation, o których już dawno świat zapomniał, a które należałoby czym prędzej przypomnieć – najlepiej w formie jakiegoś fajnego remake’u!

Wybrałem dla Was kilka tytułów, które moim zdaniem nie miały sobie równych. Każdy z nich robił coś w sposób nietypowy i wyjątkowy, co wyróżniało wspomniane gry w ogromnym morzu produktów dostępnych na pierwsze PlayStation. Większość z nich to bezapelacyjne klasyki, ale jest tu również jedna gra, której nikt by się pewnie nie spodziewał…

Medievil 2

Pocieszne przygody niezdarnego kościotrupa zna chyba każdy, kto dorastał, mając w domu pierwsze PlayStation. To całkiem niezła i w dodatku oryginalna platformówka. Bo gdzie indziej nasz bohater w obronie własnej potrafiłby wyrwać sobie ramię i użyć go jako pałki lub boomerangu?

Seria liczy sobie skromne dwie odsłony. Pierwsze przygody Sir Daniela Fortesque doczekały się aż dwóch odświeżeń: najpierw w 2005 roku na PlayStation Portable ukazała się gra Medievil: Resurrection, a następnie w 2019 roku, już na PlayStation 4, ponownie otrzymaliśmy całkiem nowy remake Medievil. Druga część cyklu nie miała tyle szczęścia i zasadniczo od 25 lat czekamy na odświeżoną wersję tej gry. Jak widać – bezskutecznie. Trochę tego nie rozumiem, bo dwójka przerastała pierwszą odsłonę niemal pod każdym aspektem – zaczynając od nietypowego klimatu w stylu produkcji Tima Burtona, przez całkiem udaną ścieżkę dźwiękową, a na nowych mechanikach kończąc. Kawał nieźle zaprojektowanej platformówki, której zremasterowania fani wyczekują od ćwierć wieku.

Przez jakiś czas powstawał nawet fanowski remake drugiej części. Niestety, ale było to jedynie demko technologiczne, a nie produkt z prawdziwego zdarzenia. Niemniej z pewnością znajdą się tacy, którym po prostu brakuje drugiej części Medievil.

Medal of Honor

Mało kto dzisiaj o tym pamięta, ale osławiony Medal of Honor: Allied Assault nie był pierwszą odsłoną kultowej serii. Był za to pierwszą grą przygotowaną na komputery osobiste. Przed nią powstały dwie odsłony na PlayStation. Chodzi oczywiście o Medal of Honor oraz Medal of Honor: Underground. To bez wątpienia dwa najlepsze FPS-y na szaraka i choć na dzisiejsze standardy są praktycznie niegrywalne, to w tamtym czasie tylko GoldenEye 007 na Nintendo 64 mógł z nimi jakkolwiek konkurować. To było konsolowe mistrzostwo świata.

Dobra, to nie jest jeden tytuł, ale dwa… Niemniej obie gry są bardzo do siebie podobne i bez problemu mogłyby tworzyć razem jedną, wspólną całość – niby dylogia, ale w sam raz na jeden remake.

Co w tych grach takiego wyjątkowego? Nietypowa na dzisiejsze czasy koncepcja. Oba tytuły osadzone są w realiach II wojny światowej, ale nie uświadczymy tutaj szeroko zakrojonych działań wojennych na miarę lądowania na plaży w Normandii. Tutaj wszystko odbywa się poza linią frontu, gdzieś na tyłach wroga, w mikroskali. Każda misja zawiera szereg wytycznych, które musimy zrealizować, aby pomyślnie ją ukończyć. Zwykle musimy zniszczyć jakąś maszynę lub transport wojskowy, wykraść plany, skontaktować się z ruchem oporu albo podszyć się pod dziennikarza fotografa itd. Zamiast frontalnej walki prowadzimy akcje dywersyjne. Zamiast ostrej jatki mamy raptem kilku szwabów do zlikwidowania. Dlaczego? Ograniczenia sprzętowe pierwszego PlayStation nie pozwalały na zbyt wiele, przez co twórcy musieli sprytnie obejść pewne kwestie – szarak nie poradziłby sobie z wygenerowaniem pola bitwy z całymi zastępami niemieckich oddziałów.

Lokacje składały się z wąskich uliczek i ciasnych korytarzy, akcja głównie rozgrywała się pod osłoną nocy, kiedy było nie tylko ciemno, ale i mniej patrolujących żołnierzy na ulicach. Z reguły działaliśmy po cichu. To wszystko skąpane w kapitalnie poprowadzonej narracji – począwszy od ekranu tytułowego, w pierwszej odsłonie stylizowanego na historyczne Biuro Służb Strategicznych amerykańskiej agencji wywiadowczej (Office of Strategic Services, w skrócie OSS), a w drugiej na kryjówkę francuskiego ruchu oporu, a na muzyce skończywszy. Sam Steven Spielberg maczał palce przy tej produkcji i dzięki niemu tytuł otrzymał ścieżkę dźwiękową, nieustępującą kinowym hitom!

Kilka lat temu rynek przesycił się pierwszoosobowymi strzelankami w realiach II wojny światowej, ale powoli znów robi się miejsce na takie produkcje. Niewiele jest też shooterów, w których tak mało jest samego zabijania. Z przyjemnością ograłbym pierwsze dwie odsłony Medal of Honor w nowej wersji, chociaż nie pogniewałbym się, gdyby twórcy wzięli się za odrestaurowanie również innych części, jak np.: Allied Assault.

Jade Cocoon – Story of Tamamayu

Kilka lat temu pisałem o Jade Cocoon – Story of Tamamayu, więc tutaj nie będę rozwijał szczegółów gry itd. Napiszę tylko pokrótce, co o niej myślę. Dlaczego tytuł powinien zostać odświeżony? Przede wszystkim dlatego, że jest to jeden z niewielu tego typu produktów na rynku – nie jest to bowiem zwykły klon Pokemonów. Zamiast otoczki beztroskiego łapania milusińskich potworków, mamy tutaj dziką dżunglę pełną niebezpiecznych bestii, kłusowników i bliżej nieokreśloną plagę, dziesiątkującą naszą wioskę. To bardziej walka o przetrwanie niż spokojna przygoda w parku krajobrazowym. Złapane potwory (tzw. miniony) możemy dowolnie łączyć w różnego rodzaju hybrydy, z których powstają istoty o zupełnie nowych statystykach bazowych, nowych umiejętnościach czy mieszanym typie, np.: miniony wodno-ogniste itp. Na piątej generacji robiło to niezłe wrażenie, ale nawet dziś ciężko znaleźć grę z tak rozbudowaną mechaniką. Nie ukrywam – z przyjemnością zobaczyłbym coś takiego w nowoczesnej, w pełni trójwymiarowej oprawie graficznej.

Oryginalnie tytuł korzystał z prerenderowanych bitmap na modłę Resident Evil, i takie też było sterowanie naszą postacią. Arena walk nie była zbyt widowiskowa, nawet jak na standardy PlayStation, ale pozwalała nam za to na walkę w konfiguracji „trzech na jednego” oraz potyczki z drugim graczem, jeśli ten posiadał swoją własną kartę pamięci z zapisem do gry.

Swego czasu tutaj również powstawał fanowski projekt gry – w sieci wciąż można znaleźć trójwymiarową rekonstrukcję pierwszego lasu. Niestety, podobnie jak w przypadku Medievil 2, finalny produkt nigdy nie doczekał się ukończenia ani nawet grywalnego demka.

Mission: Impossible

Mission: Impossible to produkcja luźno nawiązująca do wydanego dwa lata wcześniej filmu. Twórcy zamiast na akcję postawili bardziej na skradanie się i wykonywanie zadań z wykorzystaniem nowoczesnych gadżetów i kamuflażu. Z tego względu całość miała mocny, szpiegowski akcent – tytuł wymuszał na nas działanie z ukrycia i unikanie konfrontacji, gdyż bezpośrednia walka niemal zawsze kończyła się dla nas restartem misji.

W moim odczuciu gra w założeniach trochę przypomina wydanego kilka lat później Hitmana, tyle że ukazała się na sprzęty piątej generacji, a na dodatek zrobiona jest z drewna! Sterowanie jest doprawdy koszmarne, a nasza postać porusza się niczym słoń w składzie porcelany, strzelanie do czegokolwiek wymaga ogromnej precyzji, wszystko działa z widocznym opóźnieniem, niektóre misje wymagają od gracza nieziemskiej cierpliwości, bo mają tak wąskie okna czasowe na wykonanie danej czynności itp. W wielu momentach bliżej temu było do logicznej układanki niż do gry akcji, bo nasz agent specjalny najpierw musiał poukładać sobie w głowie kolejność działań tak, żeby nie wykrzaczyć się na ostatniej prostej! Growy beton.

Co by jednak nie mówić, tytuł miał genialny klimat i przyciągał przed ekran telewizora jak mało która gra! Mimo tych wszystkich wad z przyjemnością ograłbym dziś ponownie misję z Langley lub tę, w której musieliśmy znokautować ambasadora w kiblu – może tytuł nie był zbyt popularny, a samo jego wykonanie przyprawiało o ból głowy, ale nic tak nie cieszyło, jak to, że po wielu, wielu próbach w końcu udało się ukończyć misję!

Driver 2

Na pierwsze PlayStation ukazały się dwie pierwsze odsłony Grand Theft Auto. Były to jeszcze czasy, kiedy tytuły te były nikomu nieznanymi gniotami z widokiem z lotu ptaka i oprawą graficzną ma miarę czwartej (!) generacji. Daleko temu było do sławetnej GTA III, która to przeniosła akcję w trzeci wymiar i na zawsze zmieniła oblicze wirtualnej rozrywki. Na szczęście na PlayStation ukazał się inny tytuł – osadzony w pełnym, trójwymiarowym otwartym świecie z możliwością swobodnego poruszania się pieszo lub samochodem. Mowa oczywiście o Driver 2!

Gra ujrzała światło dzienne w 2000 roku i była jedną z najambitniejszych produkcji na pierwsze PlayStation. Na piątej generacji konsol coś takiego przez lata uchodziło za wręcz niemożliwe do osiągnięcia. A jednak – dało się!

Co prawda tytuł był pod wieloma względami ograniczony, a samo przemierzanie jednego z czterech miast na piechotę nie miało żadnego sensu, ale mimo wszystko zasługuje na uznanie. Skala projektu i próba przeniesienia tak rozbudowanej rozgrywki na tak biedny sprzęt robiły wówczas niemałe wrażenie, chociaż sam tytuł ukazał się raptem rok przed GTAIII. W grze zaimplementowano jeden z lepszych modeli jazdy z tamtych lat, dzięki któremu samo jeżdżenie było bardzo przyjemne, a liczne pościgi (które zresztą były całym trzonem rozgrywki) sprawiały ogromną frajdę.

Po drugiej odsłonie Drivera seria zaczęła chylić się ku upadkowi – kolejne odsłony osiągały coraz gorsze noty, głównie z powodu licznych wpadek i błędów wręcz uniemożliwiających normalne granie. Dzisiaj przydałby się remake drugiej części, aby na nowo przypomnieć graczom o tej serii.


To oczywiście tylko wierzchołek góry lodowej gier, które mogłyby w końcu doczekać się jakiejś formy odświeżenia: czy to w postaci pełnoprawnego remake’u, czy prostego remastera. A Wy jakie gry widzielibyście na tej liście?

FELIETON GROWY #3: Magia demówek na PlayStation

Michał Jankowski

Kiedyś nałogowo grał w Tony Hawka, dziś miłośnik gier roleplay i rpg - grind to dla niego podstawa. Mimo słabości do ubiegłych generacji nie pogardzi czymś świeżym. Z wykształcenia andragog, prywatnie gracz z dwudziestoletnim stażem.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *