
INDYK NA PARZE #21: Pathway – Piasek i Naziści [STEAM DECK]
Szukając ostatnio czegoś lekkiego, wpadła mi w oko gra Pathway studia Robotality. Przeklęte grobowce, pustynia, poszukiwanie skarbów i strzelanie do nazistów – to rzeczy, którymi każdy deweloper może mnie skusić do wejścia nawet w pułapkę na niedźwiedzie.
Chociaż moja przygoda trwała zaledwie 10 godzin, to bynajmniej nie uznaję tego za wadę.
Pathway to turowy RPG, który ewidentnie czerpie inspirację z filmów o Indianie Jonesie oraz serii Jagged Alliance i XCOM. Gra zapożycza z nich zarówno wątki fabularne, jak i mechaniki, choć nie jest tak rozbudowana. Fabuła przenosi nas do 1936 roku, w okolice Bliskiego Wschódu i Afryki. Świat stoi na krawędzi wojny, a naziści, w poszukiwaniu artefaktów, które dadzą im wieczną chwałę, nie cofną się przed niczym. W tym momencie na scenę wkracza nasza ekipa śmiałków, którzy chcą im przeszkodzić, wykorzystując swoje nadzwyczajne umiejętności i potężne giwery,

Rozgrywkę można podzielić na eksplorację i walkę. Podczas poruszania się po proceduralnie generowanych mapach, przemieszczając się od punktu do punktu, trafiamy na kupców, losowe zdarzenia czy towarzyszy chętnych do dołączenia do naszej ekipy – jeśli tylko mamy wolne miejsce. Podczas tych podróży musimy jednak zarządzać benzyną, aby nie utknąć na środku pustyni. Przyjdzie nam też czasem podjąć decyzje, które mogą ułatwić albo utrudnić naszą podróż, dlatego czasem trzeba trzeba podejmować ważne decyzje: czy warto się pchać do tego bunkra jeśli w okolicy widzimy masę trupów? Pomocne mogą okazać się specjalne umiejętności naszych towarzyszy – na przykład ktoś z umiejętnościami inżynierskimi może naprawić naszego jeepa, nie wydając na to żadnych zasobów.

Oczywiście im dalej w piasek, tym więcej walk. Dość często będziemy przerywać podróż, by stawić czoła żołnierzom Wermachtu czy mniej przyjaźnie nastawionym plemionom, a nie raz przyjdzie nam też rozwalić czaszkę jakiemuś zombiakowi. Podczas tych turowych starć każda postać może wykonać dwie akcje. Możemy więc zaatakować przeciwnika aktualnie posiadaną bronią, a następnie uleczyć siebie lub towarzysza. Warto też korzystać z systemu osłon, który pozwala nam zwiększyć szanse naszych bohaterów na przeżycie, jak i umożliwić oflankowanie przeciwników.

Dostępne są również bardziej zaawansowane umiejętności, jak możliwość rzucenia przynęty, aby owczarki zostawiły nas na jedną turę w spokoju. Możemy jednak ich użyć tylko poprzez poświęcenie punktów odwagi, które zdobywamy w toku walki za eliminowanie przeciwników. Podobnie jak podczas podróży musimy uważać na zasoby paliwa, tak w walce musimy zwracać uwagę na ilość amunicji. Przedłużanie ostrzału nigdy nie działa na naszą korzyść i zachęca do śmielszych taktyk, jak wykorzystywanie pułapek terenowych, na przykład wybuchających beczek.

I na sam koniec chcę powiedzieć o działaniu Pathway na Steam Decku: sama gra działa dobrze, ale do nawigowania po menu trzeba się „przyzwyczaić”. Dodana jakiś czas temu aktualizacja, miała ułatwić granie na sprzęcie od Valve, jednak coś ewidentnie poszło nie tak. Często musimy się przeklikiwać przez wszystko, jak leci, by dojść do tego, co nas interesuje. Bywa to uciążliwe, ale nie dyskwalifikujące.

Mój werdykt? Polecam, ale… nie za 50 zł. Lepiej wyłapać tę grę na promocji (albo zagrać na Epicu, jeśli załapaliście się na rozdawnictwo). O ile grafika to kawałek ślicznego pixel artu, a muzyka bardzo fajnie wprowadza w klimaty pustynne, o tyle cała reszta nie wypada już tak dobrze. Fabuły jest raczej niewiele – wiemy, kim jesteśmy i dokąd podążamy, ale niewiele ponadto. Mapy niby są generowane proceduralnie, ale dość szybko zauważamy powtarzające się elementy. Walka jest fajna, ale brakuje w niej głębi, a po kilku godzinach trudno znaleźć momenty, które nas zaskoczą. Nasze postacie w toku rozgrywki zdobywają poziomy i nowe umiejętności, jednak ciężko jest uświadczyć prawdziwego efektu „wow”. Jednak, jak wspomniałem na początku, jest to tytuł, który bez problemu można przejść w jeden weekend, bez napinki. Zanim więc powtarzalność i brak głębi naprawdę da nam się we znaki, zdążymy obejrzeć napisy końcowe, co uważam za miłą odmianę od gigantycznych gier na setki godzin.
Całą serię Indyk na Parze znajdziecie w tym miejscu.
NORSE: Oath of Blood – najlepsza gra o wikingach? Recenzja [STEAM DECK]
