
Company of Heroes 3 – powrót po latach do tej najgorszej odsłony serii
Przypadek Company of Heroes 3 jest niezwykły. Trudno mi uwierzyć, że Relic Entertainment, twórcy jednych z najlepszych RTS-ów w historii, stworzyło sequel wypaczający najlepsze elementy poprzedniczek. A przynajmniej tak myślałem, gdy wylała się może i nie duża, ale znacząca fala negatywów po premierze „trójki”.
CoH3 to też dowód na to, jak ręka wydawcy może stłamsić entuzjazm fanów. Samo Relic podobnie się czuło i zdecydowali zrezygnować ze współpracy z SEGĄ. Według medialnych doniesień, z powodu tej właśnie gry z pracą pożegnało się ok. 160 osób, czyli większość ekipy developerskiej. Niestety do dziś ze studiem nie jest najlepiej, a ostatni remaster Dawn of War (zapraszam do recenzji) okazał się niewystarczającym sukcesem. Dlatego wróciłem do Company of Heroes 3 po latach, by sprawdzić, czy samodzielne rządy Relica zdołały uratować ostatnią część genialnych strategii. Czas start!
Dziękujemy wydawcy Relic Entertainment za dostarczenie klucza do gry.
Bolączki starego świata
Moje największe zażalenia ws. CoH3 nie są związane z samą rozgrywką. Relic od lat wykorzystuje ten sam schemat i mechaniki pamiętające czasy wspomnianego Warhammera. Dlatego też dziwię się, że jest to tytuł dość wybrakowany. Dość powiedzieć, że kampania fabularna nie wywołuje żadnych emocji. Jest podzielona na dwa stronnictwa; po stronie alianckiej przyjdzie nam odbijać Włochy, a po stronie Osi — najeżdżać północną Afrykę. Pomysł był dobry, szczególnie że jako Niemcy wcielamy się w samego Erwina Rommla. Szkoda tylko, że zrezygnowano tu z jakiegokolwiek obrysu historycznego, cut-scenek tworzonych na silniku gry czy bohaterów opowieści faktycznie walczących na polu bitwy.
Kampania włoska to skirmish połączony z męczącą warstwą taktyczną na mapie świata niepotrzebnie przeciągającą grę. Do tego misje wydawały mi się niezbalansowane. Kampania niemiecka ma już standardowy szyk misji, jednak brakuje w nich ciekawej fabuły, a przedstawienie historii z perspektywy cywilów wyszło nieciekawie, zaprezentowanych poprzez statyczne ekrany podczas nudnych monologów. Przypominając sobie obronę Wzgórza 112 z „jedynki”, połowę rewelacyjnych misji z „dwójki” oraz znakomicie przedstawionej fabuły za pomocą cut-scenek, Company of Heroes 3 wypada bardzo przeciętnie. Pewnie po części jest to problem miejsca akcji, ale zdecydowanie można było pokazać ten rozdział/fragment światowego konfliktu jakoś ciekawiej.

Dla równowagi porozmawiajmy o czymś pozytywnym. W CoH nadal gra się świetnie! Mówiąc krótko, ponownie do naszych zadań będzie należeć budowa bazy, rekrutowanie odpowiednich do sytuacji oddziałów i przejmowanie punktów kontrolnych rozmieszczonych na mapie. Każda z wielu dostępnych jednostek specjalizuje się w walce z odpowiednim typem wroga. Piechurzy z elkaemami przyszpilą piechotę, a działka stacjonarne są zagrożeniem dla czołgów. Oczywiście każda ze stron ma inne wyposażenie, które także można ulepszać na polu bitwy – jak również same jednostki za pomocą badań w naszym sztabie. Taktyka nadal odgrywa kluczową rolę, nie pozwalając na zalanie przeciwnika tanim mięsem armatnim. Do „trójki” dołączyły zupełnie nowe mechaniki, m.in. naprawa zniszczonych pojazdów, taktyczna pauza czy wspomniana już rozbudowana taktyczna mapa świata w kampanii włoskiej. Nie jestem jej fanem, ale jest na tyle rozbudowana, że widzę w tym drugie dno. Podobny zamysł wprowadzono w Company of Heroes 2: Ofensywa w Ardenach, jednak prostota dodatku była łatwiejsza do strawienia niż twór z recenzowanej dziś „trójki”.
CoH3 to również świetne wykonanie na poziomie technicznym – udźwiękowienie jest tu fantastyczne, czuć huk dział i pogłos podczas strzelanin. Całkiem niezła jest tu fizyka czy efekty specjalne, z przyzwoitą grafiką na czele. Z jakiegoś powodu zrezygnowano jednak z polskiego dubbingu, który pojawił się w „dwójce”. Przeszkadzał mi również brak niemieckich głosów, akcent tu zaprezentowany jest tak lichy, że często myliłem się, czy to nie krzyczy wróg.
Podstawowy problem, jaki mam z „trójką”, jest jej „mobilkowość”. Rzuca się to już w samym menu, z którego atakują nas reklamy, sklep (waluta premium!) i tona codziennych wyzwań. Ukoronowaniem tego kierunku jest pierwsza misja po stronie aliantów. Ja naprawdę czułem się tak, jakbym miał zaraz zobaczyć wielką łapkę mówiącą „kliknij tu, by wygrać”. Rzutuje to na całą grę, bo gdy spojrzysz, że połowa kampanii dla jednego gracza to ściema, a druga połowa ma statyczne cut-scenki, możesz poczuć się oszukany.

Życie 2.0
W trzy lata od premiery Company of Heroes 3 przeszło długą drogę. Przede wszystkim chcę wspomnieć o dodatkach. Ubolewam niezmiernie, że żadna z nich nie wprowadza nowej kampanii, lecz oferuje naprawdę niewiele. Na obecną chwilę możemy zakupić cztery DLC: Hammer & Shield Expansion Pack (ocenione wręcz katastrofalnie), Stealth & Stronghold, Fire & Steel oraz wprowadzający polskie jednostki Endure & Defy. Każde z nich to parę grup bojowych do zrekrutowania podczas potyczek oraz dodatkowe mapy do trybów skirmish i multiplayer. Kosztują one na wyprzedaży drugie tyle co sama gra i niestety nie zapowiada się, aby twórcy zmienili plan wydawniczy kolejnych dodatków.
A aktualizacje? Tych gra otrzymała na pęczki, a twórcy chwalą się z podrasowania praktycznie każdego elementu gry. Popracowano nad pathfindingiem jednostek, interfejsem czy grafiką, ogrom pracy włożono również w poprawę kampanii włoskiej (do tego stopnia, że twórcy polecali zacząć nowy zapis po aktualizacji 2.0). Gorzej z balansem w trybie wieloosobowym, jako że każdy dodatek wprowadzał zbyt dobre wojsko, które z czasem mocno znerfiono, jednak raczej największe problemy od premiery zostały zażegnane. Po drodze otrzymaliśmy też nowe mapy i oddziały kompletnie za darmo.

Relic Entertainment wspiera dalszy rozwój gry w 2026, jednak nadal idzie tą samą ścieżką – nowe jednostki, mapy tworzone przez społeczność oraz poprawki błędów. I jest to, co by nie mówić, rozwój wzorowy. Po zatarciach z SEGĄ, Relic włożył dużo serca w Company of Heroes 3 i aktualnie można nazwać ją najlepszą odsłoną serii pod względem rozgrywki, ale najgorszą, jeśli chodzi o kampanię dla jednego gracza. Musicie więc wiedzieć już wcześniej, czego po RTS-ie oczekujecie. Jeśli chodzi o mnie, wybieram „dwójkę” – od fabuły, po świetnie zaprojektowaną Armię Czerwoną, na rozwoju gry kończywszy; ta część bije o głowę recenzowaną dziś „trójkę”. Jednak gdyby miałbym ochotę po prostu na partyjkę, wybrałbym się do Włoch i Afryki. Bo może i Relicowi można zarzucić pójście na łatwiznę oraz nietrafione pomysły, ale nie da się ukryć, że RTS-y po prostu robią niesamowicie grywalne.
