THE LAST EXPRESS Gold Edition – recenzja po latach [PC]

Herkules Poirot, wielki detektyw, uwięziony w zaspie z pozostałymi pasażerami pociągu, próbuje rozwikłać zagadkę brutalnego morderstwa. A co, gdyby pozostawić miejsce akcji, ale to jednego z podejrzanych uczynić protagonistą opowieści?

Jordan Mechner – człowiek, który dał nam kilka odsłon przygód Księcia Persji, włącznie z nieocenioną częścią pierwszą – w roku 1993 założył niemałe studio o nazwie Smoking Car Productions. Blisko setka osób w pocie czoła pracowała nad projektem, którego główną osią było to, co zawierało już logo i nazwa developera: paląca węglem i buchająca dymem lokomotywa. Z okazji niedawnej kwietniowej rocznicy przyglądam się ciekawej grze autora Prince of Persia, która doczekała się kilku wznowień – i właśnie ostatnie z nich jest tematem niniejszej recenzji. Zapraszam!

Kod otrzymaliśmy dzięki Welcome to GOG.com | best PC games DRM-free

ŚWIAT

The Last Express jest częściowo inspirowany Morderstwem w Orient Expressie Agathy Christie. Fabuła gry z wierzchu przypomina klasyka literatury kryminalnej: jest rok 1914, w tle widmo nadchodzącej wojny (światowej). Główny bohater, Amerykanin Robert Cath, brawurowo – bo daleko poza paryskim dworcem – wsiada do pędzącego pociągu zmierzającego do Konstantynopola. Między stacją początkową a najbliższym przystankiem dochodzi do morderstwa w jednym z wagonów pasażerskich: zabity zostaje sam Tyler Whitney, przyjaciel protagonisty. Odtąd rusza lawina wielu nieoczywistych i niepokojących, a nawet zagrażających życiu zdarzeń. Bohater, „uwięziony” w wagonach kolei żelaznej przez setki kilometrów, zmuszony jest rozwiązać zagadkę nie tylko śmierci swojego kompana, ale i odkryć intrygi polityczne (m.in. wątek serbskich bojówkarzy) czy tajemnicę intrygującego mechanicznego przedmiotu, jakim jest tzw. jajo Feniksa.

Na pierwszy rzut oka gra może wydawać się infantylna: ot, niewymagająca wysiłku intelektualnego przygodówka, a do tego w kreskówkowych szatach, budząca skojarzenia z familijnym, bo 7+ albo 10+, serialem detektywistycznym z młodym Sherlockiem Holmesem czy coś w ten deseń. Nie dajcie się jednak zwieść oprawie graficznej: pomimo rysunkowych i nieporadnych animacji gra nie jest pozbawiona makabrycznych scen (zakrwawione noże, zastygnięte zwłoki itd.), a przez cały ten czas, w trakcie kontynentalnej podróży, nad pasażerami i załogą pociągu wisi widmo niejednej śmierci, knowań uderzających w porządek państwowy i społeczny oraz innych, dziwnych tajemnic.

the last express gold edition recenzja
źródło: gog.com

Klimat The Last Express jest potęgowany nie tylko poprzez wątek śledztwa wokół morderstwa, ale i… zwykłą codzienność długiej, wielodniowej podróży. Otóż, poruszając się pomiędzy przedziałami, będziemy świadkami wielu prozaicznych rzeczy: dyskusji między pasażerami, chrapania w wagonie sypialnym i posiłków w jadalnym, sprawdzania biletów przez konduktorów i tak dalej. Całą tę kolejową atmosferę wzmacnia ścieżka dźwiękowa: stukot kół pociągu, szum wiatru/przeciągu z otwartego okna czy świsty gwiżdżącego parowozu. Nie będzie przesadą, jeśli powiem, że dzięki The Last Express można się poczuć tak, jakby autentycznie było się w przedpotopowym pociągu podczas dalekiej podróży.

ROZGRYWKA

Jordan Mechner, projektując swoją ostatnią dużą grę, poszedł za trendem panującym wśród gier przygodowych połowy lat 90.: akcję w The Last Express, podobnie jak w popularnej wówczas serii Myst, obserwujemy oczami głównego bohatera i to z jego perspektywy musimy szukać poszlak, wynajdywać detale oraz klikać na obiekty i osoby. Sterowanie Robertem samo w sobie, przynajmniej na papierze, nie jest specjalnie skomplikowane – kursor przybiera odpowiednią postać i inicjuje wybraną akcję (oględziny, rozmowa itd.) w zależności od kontekstu, więc niczego nie trzeba przeklikiwać w HUD-zie. Więcej problemów może nastręczać obsługa interfejsu – a zwłaszcza operowanie inwentarzem. „Poruszanie się” tam nie jest intuicyjne, a do tego dochodzi stara szkoła gier przygodowych, czyli… brak podpowiedzi.

the last express gold edition recenzja
Nowy, podobno ulepszony ekran ekwipunku [źródło: gog.com]
Same zagadki też bywają upierdliwe – ich trudność (zwłaszcza na początku) jednak niekoniecznie wynika ze stopnia skomplikowania oraz wymogu wysokiej inteligencji do rozwiązania łamigłówek, lecz bardziej z trzech rzeczy. O dwóch pierwszych – czyli nie do końca wygodnym sterowaniu oraz fakcie, że nie mamy podane czarno na białym, co robić – już w zasadzie wspomniałem; ale jest jeszcze trzeci czynnik: presja czasowa. Nie w znaczeniu psychologicznym, co w faktycznie mijających sekundach, minutach i godzinach, których upływ realnie wpływa na dalszy przebieg wydarzeń. Gra liczy ciąg czwartego wymiaru mniej więcej w czasie rzeczywistym (bieżącą godzinę akcji można podejrzeć na zegarze znajdującym się w jednym z wagonów) i jest pod tym kątem bezlitosna. Otóż niemal każde zadanie, każdy quest należy wykonać w odpowiednich widełkach czasowych, zazwyczaj pomiędzy najbliższymi postojami pociągu.

Jeżeli gracz nie wyrobi się w czasie – na przykład przyjdzie spóźniony na umówione spotkanie czy zaplanowany recital – rozgrywka zazwyczaj toczy się dalej (grę przerywa tylko śmierć bohatera albo zatrzymanie przez policję), ale blokuje tym samym bezpowrotnie udany finał. W tej kwestii naprawdę nie ma zmiłuj, trzeba „cofnąć licznik”, czyli po prostu wczytać wcześniejszego save’a. Tak więc The Last Express jak najbardziej jest grą nieliniową, ale moim zdaniem trochę psuje immersję fakt, że rozmowy między pasażerami/załogą a Cathem są wyreżyserowane, z góry ustalone. Brak tu wyboru kwestii dialogowych, jak ma to miejsce w większości erpegów – i wielka szkoda – ale z drugiej strony jestem w stanie to zrozumieć, gdyż już implementacja systemu dnia i nocy, rozkładu jazdy pociągu oraz rutyny / rytmu dnia NPC-ów była nie lada wyzwaniem w latach 1993–1997. A już nie mówiąc o warstwie technicznej (wizualnej)!

GRAFIKA I DŹWIĘK

No właśnie, wizualność. W pierwszym segmencie tej recenzji wspominałem o kreskówkowym stylu szaty graficznej. Faktycznie, niemal wszystkie widoczne animacje w grze* zostały odręcznie narysowane i pomalowane; nie posłużono się tu tanim cel-shadingiem. Acz za bazę dla ruchomych kadrów – bardziej sylwetek postaci niż teł – posłużyły fizyczne obiekty i jednostki ludzkie. Otóż Mechner, zupełnie jak w swoim legendarnym Prince of Persia z roku 1989, sfilmował aktorów, których kontury z klatek wideo zostały następnie ręcznie przeniesione na papier (i zeskanowane potem do gry, już z kolorami). Technika ta zwie się rotoskopią i możecie ją kojarzyć np. z polskiego (Twój Vincent, Chłopi), jak i amerykańskiego kina (Władca Pierścieni Ralpha Bakshiego).

the last express gold edition recenzja
Praca na planie zdjęciowym gry zza kulis [fot. arch. pryw. J. Mechner]
Projekt był ambitny i zapewne efekt  robił niemałe wrażenie w kwietniu 1997, czyli kiedy gra wyszła, ale dziś – po blisko trzydziestu latach – trąci trochę myszką. Choć oryginalne wydanie wymagało karty SVGA do uruchomienia tytułu, cała gra (włącznie z menu) renderowana była w rozdzielczości 640 × 480. Przy czym większość scen – zarówno z przerywników filmowych, jak i właściwego gameplayu z widokiem FPP – nie wykorzystuje wszystkich pikseli, nie obejmuje całej przestrzeni monitora o proporcjach 4:3. Zwłaszcza te momenty, kiedy przeciskamy się korytarzami wagonów, mają wertykalny układ, co może i potęguje uczucie ciasnoty, klaustrofobii, a być może nawet fajnie wyglądałoby na wyświetlaczach telefonów i tabletów, gdyby tylko obciąć czarne pasy po bokach – ale rodzi też poczucie, że zmarnowano potencjał.

Ograniczenia techniczne – niewystarczająca pojemność płyt CD oraz obawa, że ówczesne komputery osobiste nie udźwigną tak dużego i płynnego filmu interaktywnego w czasie rzeczywistym, bez żadnych zacięć – rzutują nie tylko na rozdzielczość, ale i klatkaż plików wideo. Niestety większość postaci ma pokraczne ruchy: stoją/siedzą niemal zastygnięte, ustami prawie nie poruszają, a jeżeli już wykonują gwałtowniejsze ruchy bądź zmieniają pozycję, przeskoki te są szarpane, a nie gładkie. W zasadzie jedynymi płynnymi animacjami odznaczają się konduktorzy i kierownik pociągu, którzy przechadzają się co jakiś czas po wagonach słynnego ekspresu kolei żelaznej.

Z jednej strony rozumiem, skąd to się wszystko wzięło – ówczesne pecety zwykłych śmiertelników niekoniecznie były gotowe na tak duży i ambitny projekt w jakości zbliżonej do DVD – a nawet gdyby, to gra zapewne musiałaby się zmieścić na co najmniej pięciu kompaktach, a nie trzech, jak miało to miejsce w roku 1997. Ale żeby nie było, że tylko marudzę, ogólny styl graficzny naprawdę doceniam i mi się podoba. Może nie jest specjalnie bogaty w detale, ale kreska jest ładna, a na bohaterów i tła – zwłaszcza kiedy się nie ruszają – całkiem przyjemnie się patrzy.

the last express gold edition recenzja
Ruszający pociąg z paryskiej stacji to jeden z nielicznych elementów powstały na bazie grafiki 3D [źródło: gog.com]
Ścieżka audio to również solidna, choć też nienajmocniejsza strona recenzowanej produkcji. Szczególnym wyróżnikiem na plus są odgłosy ambientowe – zwłaszcza te dotyczące lokomocji lokomotywy – oraz dialogi i monologi. Wszelkie kwestie są mówione – nie ma tu dymków, balonów, które mają odzwierciedlać wypowiedzi i myśli bohaterów – a gra aktorska jest całkiem dobra, biorąc również pod uwagę czasy, kiedy nie przykładano się jeszcze aż tak do profesjonalnego dubbingu. Co więcej, The Last Express jest inkluzywny i poprawny politycznie, wśród postaci pierwszo-, drugo- i trzecioplanowych jest szeroki przekrój etniczno-rasowy – co też odbija się w wymiarze lingwistycznym. W czasie długiej podróży spotykamy m.in. Anglików, Niemców, Francuzów, Rosjan i Serbów, także przedstawicieli krajów egzotycznych, i każdy z nich komunikuje się własnym językiem; a jeżeli będzie im dane skonfrontować się z Robertem Cathem, wtedy przemówią łamaną angielszczyzną. A co do muzyki, jest na swój sposób klimatyczna, ale nie zapisała mi się specjalnie w pamięci. Zresztą odtwarza się ona głównie w czasie cut-scenek, więc w chwilach spokoju, stojąc w korytarzu lub siedząc w prywatnym przedziale czy pustym wagonie restauracyjnym, słyszymy tylko szum mijanych krajobrazów i szmer poruszającego się pociągu.

JAKOŚĆ

W tym segmencie recenzji skupię się przede wszystkim na aspektach reedycji o nazwie Gold Edition. Wydanie to, będące poprawioną i lekko odświeżoną wersją oryginału, pochodzi z roku 2013 i bazuje na mobilnym (iOS, Android) porcie gry wydanym kilka tygodni i miesięcy wcześniej, w zależności od systemu operacyjnego. O ile oryginalne pudełkowe wydanie pecetowe było aplikacją pisaną pod MS-DOS oraz Windowsy z rodziny 9x, o tyle reedycja bez problemu uruchamia się na współczesnych sprzętach i systemach (chociaż mi parę razy gra wykrzaczyła do Pulpitu). W Gold Edition dodano również nieinwazyjny system podpowiedzi – naprawdę subtelnych, trójstopniowych podpowiedzi, z których gracz nie ma obowiązku korzystać – oraz przemodelowano menu główne i interfejs, zwłaszcza ekwipunek. (O obsłudze zapisów w chmurze i systemie osiągnięć już nie wspominam). I to w zasadzie… tyle z zalet.

the last express gold edition recenzja
źródło: gog.com

Niestety, ale Gold Edition zdaje się nie usprawniać – a może nawet powiela stare problemy – samego sterowania. Mam tu na myśli obsługę myszy: by „wychwycić” jakiś interaktywny przedmiot (np. klamkę drzwi, rygiel kufra albo inny dynks) dostępny w polu widzenia, należy umieścić kursor w odpowiednim miejscu – jednak obszar obejmujący daną akcję jest zbyt mały. Niewygodne jest również obracanie się – a właściwie ruch, który ma naśladować kręcenie głową. Otóż w grze, niestety, nie mamy do czynienia z udawanym 3D – jak miało to miejsce np. w takich przygodówkach z przełomów milleniów jak Pompeje: Legenda Wezuwiusza czy nasz polski Shizm**, w których było możliwe rozglądanie się w pełnych 360º – lecz z kilkoma wybranymi statycznymi ujęciami. Ale najgorsze są chyba momenty, kiedy trzeba przejść z jednego końca wagonu na drugi! Wtedy należy kilka razy, stopniowo, kliknąć lewym przyciskiem myszy, jeśli tylko kursor przybierze kształt strzałki do przodu. Ale jeśli chce się szybko przemaszerować po korytarzu, to albo gra nie wykrywa od razu gotowości (należy odczekać sekundę, nim załaduje się następna animacja), albo też – jak się uda oszukać system z pomocą przycisku podwójnego/potrójnego kliku w wybranych myszkach – bohater przechodzi przez cały wagon, zamiast stanąć przy środkowym przedziale. To jest strasznie irytujące! Ponadto kilka razy zdarzyło mi się, że kursor przybrał złą formę (np. zamiast strzałki spojrzenia w lewo/prawo wyświetlał się dymek rozmowy).

Moje wątpliwości natury technicznej dotyczą też obsługi napisów. Podobnie jak w oryginalnym wydaniu, tak i tu ma miejsce system mieszany w linijkach dialogowych. Otóż żadne angielskie kwestie nie są podpisane, a te obcojęzyczne… tylko wybrane – np. taką mowę Franków, z racji medycznego zawodu oraz kontaktów z dyplomatami i handlarzami (śp. Whitney), Robert Cath potrafi zrozumieć (i to stąd tłumaczenie w napisach), a innych dialektów już nie (dlatego brak napisów). Zarówno pierwszą – z racji powszechnej znajomości angielskiego, robiącego od ponad wieku za lingua franca*** – jak i drugą decyzję – mającą zwiększyć immersję oraz spotęgować zagadki i konspiracje między pasażerami – niby jestem w stanie jakoś zrozumieć… Jednakże przydałaby się – naprawdę opcjonalna, na życzenie gracza – obsługa wyświetlania wszystkich dialogów i monologów, zarówno anglo-, jak i obcojęzycznych, od razu. Próg wejścia byłby dla niektórych niższy i uczciwy, a przy okazji taka możliwość spełniałaby deklaracje dostępności – gracze z ograniczeniami słuchowymi i nie tylko na pewno byliby uradowani oraz sprawiedliwie potraktowani.

the last express gold edition recenzja
źródło: gog.com

OCENA

The Last Express to najambitniejszy projekt w życiu Jordana Mechnera i naprawdę kultowy tytuł – nie mniejszy niż jego Karateka i Prince of Persia z lat 80. – który jednak źle się zestarzał. Produkt przyciąga ciekawą historią, suspensem, klaustrofobiczną atmosferą sunącego się pociągu, ładną kreską postaci oraz niezłym dubbingiem – ale to przede wszystkim innowacyjny system nieliniowej fabuły i rozgrywki, polegający m.in. na toczącym się życiu pasażerów w czasie rzeczywistym niezależnie od gracza, powoduje, iż gra zapada w pamięć i chce się ją przechodzić jeszcze raz. Niestety (u)rwane animacje oraz toporne sterowanie i dosyć duży próg wejścia powodują, że The Last Express jest mało przystępnym tytułem w dzisiejszych czasach, nawet w wydaniu Gold Edition.

Więc może nie byłoby niczym nadzwyczajnym i nie byłoby głupim pomysłem, gdyby za rok – z okazji 30-lecia tytułu – wydano faktyczny, pełnoprawny remaster, w którym by zaimplementowano opcjonalne ułatwienia gameplayowe oraz, dzięki technice interpolacji, nadano życie (ruch) bohaterom? Tak, moim zdaniem to byłoby godne upamiętnienie i uhonorowanie Jordana i jego ludzi ze Smoking Car Productions oraz tego, co wyszło spod ich rąk trzy dekady temu. Niemniej gra i bez tego się broni, więc fanom oryginalnych przygodówek oraz miłośnikom końca XIX wieku (czas między epoką wiktoriańską a I wojną światową) polecam recenzowany produkt.

The Last Express Gold Edition | Trailer [GOG]

*Jasne, w niektórych momentach posiłkowano się „CGI”, które potem zostało przefiltrowane przez kreskówkową nakładkę, ale to nadal mniejszość, wręcz śladowa ilość w porównaniu do ręcznie rysowanych kadrów.

**Z podobnej techniki, czyli fotografii sferycznej, korzysta np. Google w swoim Street View.

***Należy oddać, że wszyscy aktorzy mówią na tyle poprawnie, a nagrania audio są tu przyzwoitej jakości, iż niewymagana jest znajomość angielskiego na poziomie C2, by zrozumieć historię.

PS Nie da się zrobić screenów, przynajmniej Frapsem, dlatego musiałem posiłkować się oficjalnymi materiałami dostępnymi w sieci.

The Making of Karateka – historia sprzed czterdziestu lat na wyciągnięcie ręki!

The Last Express Gold Edition
7.0/10
  • Świat: 8/10
  • Rozgrywka: 7/10
  • Grafika: 7/10
  • Dźwięk: 8/10
  • Jakość: 5/10
Według CNN gra to połączenie świata Indiany Jonesa i stylu Alfreda Hitchcocka. Ja bym dodał jeszcze Agathę Christie… Słowem: The Last Express to ciekawy i udany eksperyment, choć dał niejednoznaczne wyniki.

Platforma testowa PC

  • Procesor: Intel Core i5-12600KF 3.7 GHz
  • Monitor: 17″ LCD NEC LCD170V
  • Grafika: nVidia GeForce GTX 950, 2 GB VRAM
  • Pamięć: 32 768 MB RAM Goodram
  • System: MS Windows 10 Home 64-bit
  • Myszka: A4Tech XGame Laser Oscar X750 EF
  • Klawiatura: Art
  • +Fabuła, pełna kryminalnych oraz politycznych wątków
  • +Klimat tamtych lat: secesja (sztuka) oraz kocioł bałkański (historia)
  • +Pociąg Orient Express to pełnoprawny bohater gry
  • +NPC-e, którzy mają własne nawyki i rutynę dnia; żyją niezależnie
  • +Wieloetniczność i wielojęzyczność
  • +Zamysł, by uczynić to wszystko interaktywnym filmem animowanym
  • +Strona audio, na czele z dubbingiem oraz dźwiękami pociągu
  • +Bonusy w postaci kartoteki bohaterów oraz katalogu przerywników (Gold Edition)
  • +Nielinearna rozgrywka, wielościeżkowa fabuła…
  • …przy czym szkoda, że nie ma tu jeszcze większej nieliniowości (brak opcji dialogowych)
  • Bohaterowie „stoją jak kłody” – niepłynne animacje
  • Niezbyt wygodne sterowanie
  • Brak polskiej wersji
  • Gold Edition mogłoby nieco więcej rzeczy usprawnić

Jak oceniamy gry?

https://www.testergier.pl/2019/02/historia-wedlug-gier-czesc-5-wiek-xix.html

 

Przemysław Bednarski

Z wykształcenia politolog i dziennikarz, z zamiłowania bloger. Oprócz grami, interesuje się także kinem i astronomią. Propagator krytycznego myślenia i poprawnej polszczyzny – czy też, pisząc z duchem języka internetowego: gramatyczny nazista – tak dobry, że może sprawdzić Twoją pracę dyplomową lub inny tekst, a także udzielić korepetycji z WOS-u. Swoje felietony na temat historii, problemów społecznych i memów internetowych publikuje na blogu bednarskiprzemyslaw.pl – tam też można znaleźć szczegóły oferty usług korektorskich i korepetytorskich.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *