fbpx

O tym, dlaczego pokochałem GOG-a

“Steam skradnie ci serce. I pieniądze z portfela”, żartuje wielu graczy. Platforma Gabe’a Newella od lat rośnie w siłę, zostawiając w tyle konkurencję. Ale czy na pewno?

Na horyzoncie coraz śmielej pojawia się gog.com, który ostatnio został udostępniony w polskim języku, co spodobało się sporej części rodzimych graczy, w tym i mnie. Zadziwia mnie jednak wcześniejsze niedocenianie tegoż programu przez fanów elektronicznej rozrywki… I nie, nie jest to sponsorowany artykuł, wbrew pozorom, bo polska marka już wcześniej skradła mi serce, choć nieraz było przez nią złamane.

Ale od początku

Już w latach 90. pojawiły się pierwsze “kluby” internetowe zrzeszające graczy (i nie mam tu na myśli zwykłych forów), ale to dopiero Steam z 2003 roku postawił milowy krok, bowiem łączył cyfrowy sklep z programem autoryzacyjnym gier oraz platformą komunikacyjną i multimedialną dla graczy. W późniejszych latach dostaliśmy konkurencyjne platformy na PC, takie jak Games for Windows Live od Microsoftu czy Social Club Rockstar Games. Większość z ówczesnych programów cieszyła się powodzeniem; ale niekoniecznie u nas. Powodem tego były często ograniczenia wynikające z blokady regionalnej oraz brak obsługi polskiej waluty.

Steam przed 2009 rokiem wyglądał skromnie.

Stan ten zmienił się dopiero w roku 2009 – a konkretniej zrobiły to dwa programy, które ujrzały wtedy światło dzienne. Pierwszym z nich był serwis gametrade.pl, założony przez Damiana “Lego” Legawca. Idea strony była taka sama jak u Allegro czy Tablicy.pl (obecnie OLX) – polegała ona na wymianie bądź sprzedaży produktów między użytkownikami – tylko z tą różnicą, że portal miał się skupiać wyłącznie na grach. Prostota oraz przejrzystość strony, polegająca m.in. na wygodnym sortowaniu produktów, pozwoliła setkom i tysiącom graczy zaopatrzyć się w wiele tytułów, w tym również starszych i zapomnianych.

Stare, ale jare

A co z osobami, których nie interesowało mozolne zbieranie pudełek, płyt i kartridży z grami? Dla takich klientów powstał serwis Good Old Games, skrótowo GOG, założony przez ludzi z CD Projektu. Ten cyfrowy sklep zaczął działać już w 2008, ale dopiero rok później wypłynął na szerokie wody – i wtedy też o nim pierwszy raz usłyszałem. A nie mogłem o nim nie usłyszeć, bo to, co zrobili Polacy, szokowało. Pozytywnie.

Jeden z pierwszych banerów promocyjnych GOG-u.

Serwis chlubił się, że oferuje – zgodnie z nazwą – wiekowe, ale kultowe tytuły. Na początkowy asortyment składały się głównie produkty Codemasters (m.in. Operation Flashpoint: Cold War Crisis czy Colin McRae Rally 04) oraz Interplay (Fallouty). Jednak to nie lista dostępnych pozycji szokowała. Te, jak i wszystkie pozostałe tytuły były pozbawione zabezpieczeń DRM – grę pobierałeś z poziomu przeglądarki internetowej, bez udziału żadnego klienta, i klasycznym instalatorem wgrywałeś na dysk twardy. Albo na kilka dysków twardych różnych komputerów, jak chciałeś – nic cię nie ograniczało. Żadnych kluczy, żadnych internetowych aktywacji, żadnych limitów uruchomień, i żadnych problemów. “Szaleni, zostaną zjedzeni przez piractwo!” – krzyczeli konkurenci i sceptycy. Jak widać, wortal do dziś żyje i ma się dobrze, przez lata wzbogacając się o nowe funkcje, a w marcu 2012 otwierając się na nowsze gry, co zaowocowało zmianą nazwy serwisu na gog.com.

Gabe, nie ze mną te numery

Dlatego zastanawia mnie, skąd ta niezachwiana pozycja Steama. Czy chodzi o bogaty asortyment sklepu? A może masowe przeceny? Owszem, platforma Valve posiada w swojej ofercie zdecydowanie więcej tytułów, w tym także na wyłączność, jak Life Is Strange czy serię Call of Duty. Ale GOG z miesiąca na miesiąc poszerza swój katalog. Podobnie jest z promocjami, które na gog.com, często pod postacią rywalizacji o zdobycie największej liczby punktów, zachęcają do ciągłego zaangażowania ze strony klienta. Pod kątem innych funkcji rodzimy serwis także nie ustępuje obecnie Steamowi, posiadając od najprostszych w postaci forum i zbiorów recenzji, przez autoaktualizacje, kończąc na obsłudze osiągnięć i zapisów w chmurze. Ba, polski sklep oferuje nawet więcej niż jego największy konkurent! Mowa o darmowych cyfrowych bonusach w postaci tapet czy ścieżek dźwiękowych, a także takich usługach jak portfel, importowanie wybranych pozycji ze stimowej biblioteki oraz gwarancja zwrotu pieniędzy w terminie 30 dni z tytułu źle działającej gry.

A może przyczyna leży w zbyt silnym ukierunkowaniu gog.com na rynki zachodnie? Wszakże dopiero w zeszłym tygodniu dodano język polski na stronie internetowej*, a w poprzednim roku wprowadzono ceny w złotówkach (obok USD i EUR – nadal brakuje różnych koron, rubli, hrywien czy egzotycznych jenów). Decyzja włodarzy serwisu zatrważająca (i nie, nie przekonuje mnie argument o tym, że siedziba firmy znajdowała się dotychczas na Cyprze); bo wycelowanie w Europę Środkowowschodnią od samego początku działalności mogłoby się opłacić i odwrócić słowiańskich graczy od platformy Valve. Ale nie zanosi się na taką zmianę, bo już wkrótce Steam wprowadzi obsługę kilkunastu nowych walut, w tym także wschodnioeuropejskich.

Niemniej, z całego serca kibicuję ekipie gog.com, bo chłopaki odwalają kawał dobrej roboty, a ich serwis jest – piszę to, będąc zdrowym na ciele i umyśle – niezastąpiony. Może nie idealny, bo strefa społecznościowa nadal kuleje, a brak obsługi przez GOG Galaxy systemów Windows 2000, XP i Vista nie przypadł mi, graczowi oldschoolowemu, do gustu. Może więc przyszedł czas na takie usprawnienia, panowie z CD Projekt** cdp.pl, po otworzeniu się na polski rynek? Zapunktowalibyście w ten sposób. Również u mnie, choć już dużo punktów dostaliście ode mnie (ok. 75 tytułów na Steamie w porównaniu do około setki na GOG-u – mówi samo za siebie). To jak?

[**Aktualizacja 06.11.2017: cdp.pl nie jest firmą związaną z GOG.com ani z grupą CD Projekt – przepraszamy za wprowadzenie w błąd – przyp. red]


*Obsługa języka polskiego została wprowadzona już ok. 2015 roku – jednak początkowo tylko w opcjonalnym kliencie o nazwie GOG Galaxy. Co ciekawe, do dziś nasz język nie jest oficjalnie wspierany.

Z wykształcenia politolog i dziennikarz, z zamiłowania bloger. Oprócz grami, interesuje się także kinem i astronomią. Propagator poprawnej polszczyzny – czy też, pisząc z duchem języka internetowego: gramatyczny nazista – tak dobry, że może sprawdzić Twoją pracę dyplomową lub inny tekst. Swoje felietony na temat historii, problemów społecznych i memów internetowych publikuje na blogu bednarskiprzemyslaw.pl – tam też można znaleźć szczegóły oferty usług korektorskich.

Przemysław Bednarski

Z wykształcenia politolog i dziennikarz, z zamiłowania bloger. Oprócz grami, interesuje się także kinem i astronomią. Propagator poprawnej polszczyzny – czy też, pisząc z duchem języka internetowego: gramatyczny nazista – tak dobry, że może sprawdzić Twoją pracę dyplomową lub inny tekst. Swoje felietony na temat historii, problemów społecznych i memów internetowych publikuje na blogu bednarskiprzemyslaw.pl – tam też można znaleźć szczegóły oferty usług korektorskich.