
Disney/Pixar Toy Story: Retro Roundup! + Toy Story 3 Complete Edition – recenzja [STEAM DECK]
Aż trudno uwierzyć, że Toy Story za moment skończy 31 lat. To kawał czasu nie tylko dla kinematografii (wszakże Pixar był prekursorem animacji 3D), ale także i branży growej. Z okazji rocznicy zaoferowano graczom pełen komplet gier na podstawie hitu o zabawkach. Tylko czy warto, do czego wracać?
Dziękujemy ATARI oraz Digital Eclipse za dostarczenie klucza do gry.
Aby recenzja miała ręce i nogi, zacznijmy od założeń. Ze wszystkich ocenianych tu gier przed laty ogrywałem wyłącznie jedną — Toy Story 2: Buzz Lightyear to the Rescue! (oraz Toy Story 3, o którym powiem osobno na samym końcu — nie znajduje się w retro kolekcji). Jest to moja gra dzieciństwa, ale do której nigdy nie wróciłem. Dlatego też cały zestaw oceniać będę z dziesiejszej perspektywy, ale pamiętając uwczesne ograniczenia konsol. Wpierw jednak trochę o samym pakiecie, emulacji i innych rocznicowych dodatkach zawartych w tych pakietach.
Emulacja i dodatki
Disney/Pixar Toy Story: Retro Roundup! to nie pierwsza taka kolekcja od Digital Eclipse. Mogliście kojarzyć ich z Atari 50, Mortal Kombat Legacy Kollection czy ocenianego na łamach portalu The Making of Karateka. Wsławili się więc majsterkowaniem przy niedziałających na dzisiejszych urządzeniach gier, przy okazji tworząc laurkę dla samych gier, jak i ich twórców w postaci wywiadów czy pełnego walcharzu materiałów „z planu”. Toy Story jest niczym innym; to piękny powrót do przeszłości i uchonorowanie studia Traveller’s Tales sprzed ery gier LEGO. W Retro Roundup! Znajdziecie naprawdę ciekawe wywiady z twórcami, ogrom grafik z prac nad grą oraz marketingowych, a także skany 3D fizycznych egzemplarzy z PS1 i Game Boy’a Color. Wszystko to jest spolszczone, ładnie rozrysowane i zaanimowane, a interfejs banalny do nawigowania. Szkoda tylko, że informacji o samym procesie tworzenia jest niewiele — brak tu np. statystyk czy okładek 3D z innych wydań gier. Oczywiście to są błahostki, jednak bardziej niż wybierając się do muzeum, czułem się, jakbym czytał dłuższą kolorową ulotkę.

Większe schody robią się, gdy zdecydujemy się na zagranie w jakąś grę. Emulacja jest dość podstawowa, w niektórych przypadkach nawet „chałupnicza”. Największe brawa należą się ustawieniom sterowania — każdy klawisz możemy tu łatwo edytować. Niestety twórcy nie zdecydowali się na emulację drugiej gałki, przez co gra się tak samo, jak na PS1. Pod względem graficznym jest jednak fatalnie: trzy formatu obrazu, filtry CRT, ramki oraz wyostrzenie obrazu to jedyne dostępne opcje. Fakt, wyostrzenie dużo daje i gra wygląda znacznie lepiej od oryginalnej, ale trudno nazwać to opcją graficzną. Wystarczy spojrzeć na cuda, które można wgrać na Duckstation, aby gra wyładniała. Z innych dodatków, wrażenie robią nagrane samouczki instruujące nas, jak dany poziom przejść. Bardzo dobry pomysł dla młodszych graczy, dla których, bądź co bądź, ten zestaw jest skierowany. Rewelacyjną opcją są również zapisy w dowolnym momencie (save state) oraz cofanie czasu do bodajże 20 sekund przytrzymując oba triggery w tym samym momencie. Jeśli wam jeszcze mało, przed uruchomieniem gry możemy ustawić cheaty w stylu nielimitowanej energii czy power-upów w zamian za wyłączenie zewnętrznych osiągnięć. „Ułatwiacze” są wręcz kluczowe przez wysoki poziom trudności niektórych pozycji, najczęściej spowodowanego brakiem drugiej gałki.
Emulacja działa bez problemów — doświadczyłem przycięć audio tylko w jednej grze (Buzz Lightyear of Star Command na PS1) i żadnych błędów graficznych czy spowolnień. Grałem na Steam Decku, przez co mogłem pozwolić sobie na zniżenie poboru mocy procesora do zaledwie 4 TDP. Cały interfejs został spolszczony, choć oczywiście same gry takowego się nie doczekały — nawet taka „dwójka”, która u nas była wydawana po polsku, ale dopero przy okazji, brakującego w tej edycji, pecetowego portu. Ogólnie więc, nie patrząc na repertuar gier, Retro Roundup! jest w porządku; ładnie wygląda, dobrze chodzi, posiada przydatne cheaty i ciekawe materiały dodatkowe. Przejdźmy więc do dania głównego — w co tu tak naprawdę zagramy?
Wersje na Genesis/Mega Drive, SNES i Game Boy’a.
Postanowiłem wszystkie dwuwymiarowe gry z konsol Nintendo i Segi wrzucić w jeden akapit. W zestawie znajdziecie: Toy Story na Genesis/Mega Drive, SNES i Game Boy, a resztę na Game Boy lub jego kolorowego odpowiednika: Toy Story 2, Toy Story Racer, Bug’s Life oraz Buzz Lightyear of Star Command. „Jedynka” jako jedyna posiada też wersje regionalne i
Paradoksalnie, najlepsze wrażenie zrobiła na mnie pierwsza gra — Toy Story z 1995 r. zaskoczył mnie swoją różnorodnością. Jakimś cudem twórcy zdołali wrzucić do gry platformówkę, wyścigi (w dwóch wariantach) oraz sławny poziom niczym z Wolfenstein 3D z ratowaniem kosmitów. Każdy z etapów czymś się wyróżniał i w miarę starannie adaptował wydarzenia z kinowego obrazu. Nie będę tu opisywał każdej wersji gry, ale programiści odwalili kawał dobrej roboty, aby wszystkie wyglądały jak podobnie. Nie oszukujmy się jednak, te gry to retro w czystej postaci i nie dadzą już tyle frajdy, jak przed laty. Czarno-biała wersja Toy Story na Game Boy’a wyglądająca niczym z sennego koszmaru odrzuci wszystkich, którzy nie urodzili się w tamtych latach. Zresztą to nawet nie są dobre gry, „dwójka” na Game Boy Color uważana jest średniaka. Dlatego pulę gier innych niż na PS1 polecam traktować lepiej jako ciekawostkę. Wiele tych gier jest gorszych niż tytuły z czasów Jawy na starych telefonach i nie wciągną was na wiele godzin. Jednakże bardzo je doceniam — animacje do dziś robią wrażenie, a pomysłowość twórców trzeba nic tylko pochwalać.

Toy Story 2: Buzz Lightyear to the Rescue!
Bezapelacyjnie najlepsza gra na tej liście, tytuł kultowy i pamiętamy do dziś. Trudno nie odnieść wrażenie, że nad „dwójką” trochę posiedziano; widać to w graficznych detalach czy unikatowej nawet dzisiaj rozgrywce. To trójwymiarowa platformówka akcji z mocnym zacięciem… metroidvanii. Przewiduję, że dokładnie ten pomysł później przeniesiono do serii LEGO, tutaj nie da się bowiem przejść na raz całego poziomu na 100%, bo jakaś wymagana umiejętność czeka na nas w późniejszym etapie. Trzeba też uważnie czytać dialogi doradzające nam, co mamy dalej zrobić — jeśli się nie posłuchamy, możemy np. nie pokonać bossa odpornego na zwykłe ataki. Głębi rozgrywce dodaje też fakt, że zadania możemy wykonywać w dowolnej kolejności, a każdy z nich się różni — raz się pościgamy, raz poszukamy ukrytych postaci, a innym razem powalczymy z bossem.

Sporo tu też akcji. Buzz Astral ma na podorędziu laser, dzięki któremu przejdziemy przez — niestety często się odradzające — chmary wrogów. Reszta to już platformówka, i to niestety w stylu PS1. Mam na myśli to, że etapy zręcznościowe są bardzo trudne — twórcy chętnie utrudniają nam skoki lub ustawiają bardzo oddalone od siebie platformy. Wrogiem numer jeden jest kamera. Emulowana wersja ma co prawda przesuwanie ekranu na boki przy pomocy drugiej gałki, ale w praktyce działa fatalnie. Dlatego funkcja cofania rozgrywki jest tu wybitna — bez niej gra byłaby ledwie grywalna. W młodości tak to nie przeszkadzało, bo mogliśmy pozwolić sobie na więcej czasu przed ekranem (a same gry też były trudniejsze), ale aktualnie w oryginał na plejaku nikomu nie polecałbym ogrywać. Wielka szkoda, że Digital Eclipse nie pokusił się o wersję PC, bo jest nie tylko ładniejsza (na PS1 nadal wygląda nieźle), ale też po prostu przyjemniejsza do gry.
Buzz Lightyear to the Rescue!, u nas znana jako Gra Akcji, ma w mojej opinii najlepszy poziom startowy w historii platformówek 3D. Odpalając grę po latach dokładnie pamiętałem, jak wygląda i gdzie kto się znajduje. Jest to chyba wystarczający wyznacznik, jak dobry był level design w tej grze. Rozgrywka temu akompaniuje, tworząc naprawdę wyjątkowy tytuł. Ma co prawda parę wad — poziom trudności da się przemilczeć używając „cheatów”, ale to nie wszystko; backtracking boli, a sterowanie nie jest idealne. Są to jednak drobnostki — dlatego warto grze dać szansę, jeśli nigdy jeszcze w nią nie graliście, a weteranów mogę tylko uspokoić, że ze swojego uroku Toy Story 2 nic nie stracił.

Buzz Lightyear of Star Command
Co twórcy mieli w głowie przy tworzeniu tego potworka… Chyba nie było gracza, który przegrałby pierwszy etap i nie zastanawiał się, co się właśnie stało. Okazuje się, że do liniowej gry akcji dodali… grę wyścigową. Naszym zadaniem będzie ściganie się ze złolem, po drodze strzelając na oślep do wszystkiego, co się rusza, zbierać tonę ukrytych znajdziek/power-upów i nie dać się zabić.
Jest to gra na podstawie serialu animowanego pod tym samym tytułem. Dlatego też zdecydowano się na mocno kreskówkową grafikę — to subiektywne odczucie, ale zbytnio przypominała mi ona crapa Jasia Fasolę i kilka innych nieudanych gier, gdzie prosta kreska miała zatuszować niedbalstwo. Z zalet warto wymienić ciekawe bronie, z których bardzo przyjemnie się korzysta, oraz niezłą muzykę. Nie jest to zła gra, ale dająca zbyt mało przyjemności, bym brał ją pod uwagę sięgając po pakiet. Szkoda też, że nie dodano wersji Dreamcast i PC. Jedyna z zestawu rwała dźwięk, a i inne bugi też zauważyłem.

Toy Story Racer
Wiedzieliście, że Toy Story miało swojego Mario Karta? TSR jest zadziwiająco dobrym klonem przygód Mariana i spółki dodatkowo biorąc dużo z Crash Team Racing. Oprócz standardowych wyścigów, znajdziecie również unikalne tryby gry, w tym mecz „w zbijaka”, gdzie musimy zniszczyć wozy drugiej drużyny, czy survival, bardziej znany z gier wyścigowych jako eliminacja. A to nie koniec! Wrażenie robi tu właśnie zawartość, którą można oszacować na 10 godzin — tyle zajmie wam odblokowanie wszystkich postaci i zebranie znajdziek w postaci żołnierzyków. Jest tu nawet split-screen!
Problem z poleceniem gry jest prozaiczny — od premiery zadebiutowała setka podobnych gier. Taki Sonic w wersji samochodówki to oczywiście lepszy wybór, jednak TSR nawet po takim czasie trzyma się bardzo dobrze. Model jazdy jest świetny, power-upy różnorodne, a tory przykuwają wzrok. Jeśli grafika wam nie przeszkadza, warto tytuł sprawdzić, szczególnie, że poza PS1 i Game Boy Color nigdzie indziej nie zadebiutowała. Wersja przenośna to już zupełnie inna gra i do tego potwornie archaiczna.

A Bug’s Life
Gra bonusowa niczym jak za dawnych czasów. Uważni mogą pamiętać, że Dawno temu w trawie, bo taki nosi u nas tytuł, również jest jedną z pierwszych animacji Pixara. Nie wgłębiajmy się, dlaczego ta gra znalazła się w zestawiu poświęconym Toy Story, bo im więcej, tym lepiej. A Bug’s Life na pierwszego PlayStation zaskoczyło mnie — ten tytuł nie skupia się nie na akcji, a bardziej na zagadkach środowiskowych i unikaniu przeciwników. Wszystko przez mechanikę sadzonek; każda roślina ma inne zastosowanie, raz wyrośnie nam grzyb, po którym skoczymy wyżej, raz kwiat stanie się granatem. Niestety niewiele więcej w tej grze uświadczycie, a pod koniec gry będziecie przysypiać przez brak wyzwań (a jest tu nawet walka z bossem). Na oklaski zasługuje zaskakująco epicka muzyka, serio! Grafika też daje radę, a wygląd przeciwników i ogólnie „ściółki leśnej” do dziś może się podobać. Główną zaletą jest to, że łatwo ją przejść, ale dosyć trudno ukończyć na 100%. Jeśli jesteś maniakiem szukania znajdziek, zagadki mogą cię zaskoczyć. Grze należałby się remake, z bardziej otwartymi mapami i zróżnicowanymi zagadkami, bo tak na dzisiejszy gust — jest ubogo i nudno.

Podsumowanie
Kolekcje retro gier zawsze mają problem z grupą docelową. Disney/Pixar Toy Story: Retro Roundup! niby przeznaczone jest dla tych, którzy grali w te gry ponad 30 lat temu (sic!), z drugiej strony marka ma się dziś bardzo dobrze i można by przedstawić starocie nowemu pokoleniu. Wątpię jednak, czy ktoś nowy tymi grami się zainteresuje. Znajdziemy tu pakiet gier przyzwoitych, ale z dzisiejszego punktu widzenia niekoniecznie grywalnych. Toy Story 2 na PS1 to perełka trzymająca się nawet nieźle, jednakże jej Game Boy’owy port czy Buzz Lightyear of Star Command to gry okrawające o bycie crapami. Natomiast sama emulacja czy materiały dodatkowe stoją na dobrym poziomie, choć nie zastąpią wam dobrego filmiku o kulisach produkcji na YT. Dostajemy więc ładną ciekawostkę dla fanów retro, nowsze pokolenia nie mają jednak tu czego szukać.
Toy Story 3 Complete Edition
Toy Story 3 należy się osobny akapit. Zacznijmy od tego, że „trójka” NIE wchodzi w skład powyższej kolekcji, ale tylko w przypadku wersji pecetowej, bo w konsolowych wydaniach już ją tam znajdziecie. Bardzo dziwny ruch, ale mniejsza. Jako jedyna gra na tej liście, TS3 doczekał się wersji na PC, o innych konsolach nie wspomniawszy. Complete Edition to remaster oryginału wraz z wszelkimi DLC, czy też inaczej — bez mikropłatności. Wśród nich: postać Zurga w trybie piaskownicy (dodatkowe misje), tematyczne skiny oraz minigry pierwotnie stworzone na potrzeby PlayStation Move. W takim razie, czy warto po grę sięgnąć?

W Toy Story 3 grałem lata temu, na świeżo kupionym laptopie babci kupionym w Tesco. Jestem w szoku, że to, co imponowało mi wtedy, dziś robi na mnie równie duże wrażenie. Chodzi o tryb sandboksowy (pudełko z zabawkami) — nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego nikt nigdy, oprócz właśnie gier na podstawie Disneya, nie powtórzył tego pomysłu. Jego zasady są banalne: zostajemy szeryfem miasteczka na dzikim zachodzie i musimy pomagać jego mieszkańcom, rozbudowując go oraz wykonując proste zadania. Nikt nie każe tu, co masz robić, masz dowolność w dekorowaniu budynków, możesz nawet przebierać mieszkańców niczym w Simsach. Ścigać się na Mustangu, wsadzać bandziorów do więzienia, zostać górnikiem czy po prostu eksplorować świat. Oprócz zadań pobocznych, otrzymujemy sporo znajdziek do odnalezienia, pobocznych aktywności i ponad 100 mikrozadań/osiągnięć, nie licząc tych zewnętrznych. Zrobienie 100% w tym trybie zajmie wam zaskakująco dużo czasu. Jednak to tylko jedna część — znajdziemy tu też krótką kampanię fabularną. Składa się ona z misji wypełnionych raz akcją, raz platformówkowaniem, no i kolejnymi znajdźkami, czyli trochę coś na wzór gier LEGO. Nie jest ona długa, ale przechodzi się ją bardzo przyjemnie. Nawet poziom trudności jest tu dobrze wyważony i zdarzyło mi się zginąć parę razy w tych dynamiczniejszych poziomach. Śmierć oczywiście nie jest tu przeszkodą, bo cofa tylko do często występującego checkpointa.

Olbrzmim plusem gry jest tryb kooperacji w formie split-screena (kampania i sandbox). To idealna gra do pogrania z dzieckiem, aktualnie nawet trudno mi znaleźć mi w głowie lepszą do co-opa. Najnowsze LEGO starają być coraz poważniejszymi grami pod względem mechanik i fabuły, a jak czytam na Reddicie, że polecają dla nich Kingdom: Two Crowns, It Takes Two albo Unravel Two, to chwytam się za głowę, w jakich czasach żyjemy. Toy Story 3 uderza nas jakąś melancholią i poczuciem bawienia się tymi zabawkami, ze spokojną rozgrywką i prawie że brakiem fabuły. Jeśli macie dziecko, śmiało brać, szczególnie że dostępna jest pełna polska wersja językowa! Raczej średniej jakości, ale przynajmniej z oryginalną obsadą z animacji.
Complete Edition, jak się rzekło, to remaster. Niekoniecznie jednak rozbudowany, bo niezmieniono tu wiele. Dostaliśmy wsparcie 4k/60FPS, lepsze tekstury i cieniowanie. I tak naprawdę tyle, przerywniki filmowe zostały szkaradne (do tego są bardzo głośne), a opcje graficzne nie istnieją. Sama rozgrywka może wydawać się dziś ciut drewniana i uboga, ale sam nie biorę tego pod uwagę. Odpalając grę na Steam Decku, mocno zdziwiłem się, dlaczego ta gra tak źle chodzi. Nie wiem, czy to jakiś błąd, czy słaby port, ale gra ruszyła z kopyta dopiero po ustawieniu zegara GPU. Moje ustawienia na 70 FPS przy jak najniższym poborze mocy to: Limit TDP na 8 i taktowanie GPU na 700.

Podsumowując, Toy Story 3 Complete Edition to znakomita gra dla młodszych, ale trochę zbyt infantylna dla starszych. Co ciekawe, nie mogę tego samego powiedzieć o opisywanych tu grach retro. Remaster jest leniwy, jednak nie przeszkadza przy dobrej zabawie. Jeśli szukasz kolejnej platformówki 3D, to tutaj niewiele dla siebie znajdziesz. To bardzo unikatowy tytuł, który przypomina, dlaczego Minecraft stał się guru gier dla młodszych. Marsz do piaskownicy!
