INDYK NA PARZE #25: Stick it to the Stickman to najbardziej szalona gra tego roku

Zwrot „wylatujesz z pracy” nabrał dla mnie zupełnie innego znaczenia po zagraniu w Patyczaka.

Dziękujemy wydawcy Devolver Digital za dostarczenie klucza od gry do recenzji.

Stick it to the Stickman to gra bardzo nietypowa. Z definicji jest to roguelike, ale jego tematyka tak „wgryza” się w podstawy rozgrywki, że o tym zapominamy i widzimy głównie… komentarz społeczny? Największą zaletą, a dla niektórych wadą, jest jej absurdalna tematyka. Wcielamy się w pracownika korporacji, który postanawia walczyć z systemem i sam zostać szefem. Gdy to nam się udaje, wybieramy kolejnego „chłystka” i proces się powtarza. Będąc prezesem rozwijamy naszą korporację i teren miasta, co jest częścią rozgrywki — o tym później. Stick it to the Stickman jest dość mocną satyrą i posiada ciężki humor — mobbing, żądza władzy czy korupcja to tematy, na których stoi ta gra. Dodajmy do tego czasami dość brutalną walkę i wychodzi nam gra dla dorosłych. Oczywiście jest druga strona medalu, bo całość jest zrobiona humorystycznie, a postacie z realizmem wiele wspólnego nie mają. Po prostu ostrzegam, że gra może nie spodobać się wam na starcie tym, jak świat jest tu przedstawiony. Recenzowałem niedawno Cult of the Lamb — tam też tematyka jest szalona, jednak kontrast sprawiał, że zachwycała pomysłowością i była pod tym względem zbalansowana. Tutaj jednak nie zawsze można podejść z humorem, szczególnie w czasach dużych zwolnień w branży growej.

Physics-Based Corporate Combat Just Peaked | Stick it to the Stickman 1.0 is OUT NOW on Steam

Rozgrywka podzielona jest na kilka różnych trybów gry, ale opiszę tu ten startowy. Opiera się on na przechodzeniu ok. 15-minutowych generowanych losowo map, zaczynając od podziemnych biur, kończąc na dachu biurowca i walce z bossem — prezesem. Kolejne piętra wypełnione są chmarami pracowników do pokonania, a czasami również minibossami. Po drodze na szczyt czasami trafią się stoiska z kawą i toalety (leczą), piętro samorozwojowe dające wybrany buff czy wiele innych ułatwiaczy — odblokujemy je wraz z postępem gry. Opisując rozgrywkę nie można nie wspomnieć unikatowym systemie walki. Otóż wszystkie umiejętności i ataki sprowadzają się do jednego guzika. Polega to na tym, że każdy skill jest zakolejkowany i po kolei jest aktywowany po naciśnięciu przycisku ataku. Otrzymujemy je po zaliczeniu każdego piętra, wybierając z puli trzech; jeśli dany cios już mamy, możemy go ulepszyć, tworząc naprawdę potężne kombinacje. Nie mamy więc pełnej dowolności, co zaraz się stanie — czy rzucimy nożem, czy wykonamy ślizg prosto zza okno — jednak dobrze współgra to z rewelacyjną fizyką. Postacie latają po całym biurze, obalają się i naturalnie poruszają. Doprowadza to do pięknych i chaotycznych starć, które dają sporo radochy. Owszem, tak prosta rozgrywka może was szybko znudzić, ale twórcy dwoją się i troją, by do tego nie dopuścić.

Stick it to the Stickman

Pomiędzy „runami” trafiamy na mapę miasta, po której dowolnie się poruszamy (pieszo lub samochodem). Możemy tu ulepszyć naszą korporację za zbierane w biurowcach pieniądze i kapelusze. Wśród ulepszeń mamy nowe piętra, dostęp do czasowych znajdziek i sporo więcej. Na mapie odnajdziemy też wspomniane wcześniej inne tryby gry. Dla przykładu możemy zacząć pracę w centrum logistycznym, gdzie rozgrywka bardziej przypomina platformówkę 2D, lub taki, gdzie wystawiamy do walki prezesa, któremu wcześniej ustalamy harmonogram ciosów. Dlatego też zawartości tu sporo i gra nie zmusza nas do trzymania się jednej aktywności (jest nawet edytor poziomów). Najbardziej jawnym elementem roguelike’owym są kolejno odblokowane postacie. Każdy jegomość ma swoją pulę umiejętności: fan anime walczy niczym z Naruto, miłośnik kawy rzuca kubkami i może się leczyć, a obibok posiada… papierowe samolociki. Odkrywanie kolejnych absurdalnych pracowników sprawiało mi dużo zabawy.

W tytule gry mowa o „stickmanach”. Niestety nie chodzi tu o patyczkowatych chudzinach stworzonych w Pivocie, a bardziej obłych i trójwymiarowych jegomościów. Sama gra jest głównie 2,5D i przypomina dość karykaturalną animację. Postacie poruszają się zgodnie z fizyką, więc wiele tu gibiących się na boki i rozmawiających w dziwny sposób ludzików. Jeśli nie humor dla dorosłych, można byłoby uznać grę za pocieszną. Grafika nie jest jednak jakaś nadzwyczajna i oprócz stylu oraz silnika graficznego, na niewiele można tu skupić wzrok. Muzyka za to — tą zdecydowanie zapamiętam. Szczególnie utwór przewodni od razu stał się dla mnie wizytówką tej gry (posłuchajcie sami). Została mi do opisania strefa techniczna. Z błędów za wiele nie mam do zaraportowania, może gra włącza się za długo, może czasami wrogowie utkną w ścianie… Nie są to jednak duże problemy, zresztą gra została porządnie załatana we wczesnym dostępie. Stabilność na Steam Decku też jest bardzo dobra i bez problemu zagracie w 70 FPS w dowolnej konfiguracji ustawień — choć może nie na full HD.

Stick it to the Stickman

Nie przepadam nad roguelike’ami, jednak nadal szukam perełki wśród tego rozwarstwionego gatunku. Stick it to the Stickman to jego bardzo dobry przedstawiciel; zaliczanie kolejnych starć nie nudzi pomimo dość prostej rozgrywki, a spora zawartość, w tym inne tryby gry, sprawiają, że na długo odczuwamy świeżość. To też tytuł wręcz odrzucający swoją tematyką, czarnym humorem i mocnymi scenami. Musicie sami sprawdzić, czy nie będzie to dla was problemem. Jest demo na Steam (a sama gra jest naprawdę tania, bo 51 zł bez przeceny), więc zacznijcie od niego; jeśli wam się spodoba, prawdopodobnie spędzicie przy grze wiele — wbrew pozorom — przyjemnych chwil.

INDYK NA PARZE #17: BALL x PIT – gdy prostota łączy się z geniuszem

Rembus

Humanista, pasjonat historii i języków obcych (przede wszystkim angielskiego) oraz j. polskiego. "Pececiarz" od urodzenia, choć posiada obydwie kieszonsolki Sony. Spokojny człowiek, który lubi pisać to, co czytacie :P.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *