RETROMANIAK #31 – Historia serii Wolfenstein, część 1 (lata 1981-1992)

Jaka II wojna światowa była, każdy wie. Konflikt z lat 1939-1945 jest niewątpliwie jednym z ważniejszych, jeśli nie najważniejszym konfliktem w dziejach ludzkości. Plan III Rzeszy na dominację nazizmu na całym świecie przepadł, a koalicja aliancka rozdała karty światowego ładu. Tylko, co… jeśli tak nie było?

Na to pytanie już od lat 80. odpowiada seria Wolfenstein, którą dzisiaj mam zaszczyt przedstawić. Jak to się zaczęło? Jak gra ewoluowała? Zapraszam do lektury dzisiejszego i następnego Retromaniaka.

CASTLE WOLFENSTEIN (1981)

Historia drugowojennych przygód Blazkowicza na samym początku nie była tym, z czym utożsamiamy ją dzisiaj. Nie było zaklęć, tajemniczych stowarzyszeń, zombie, eksperymentów, robotów czy szeroko pojętego okultyzmu. Pierwsza produkcja była do cna realistyczna, jeśli chodzi o wymiar fabularny. Nasz bohater służył w wywiadzie aliantów i jego celem była infiltracja, jak też wykradnięcie tajnym dokumentów III Rzeszy.

Kto by pomyślał, że tak wyglądał pierwszy Wolf?

Pierwsza odsłona Wolfensteina nie była jednak kolejną, odtwórczą grą akcji. To dzieło Muse Software było przede wszystkim pionierem gatunku growego, jakim są skradanki. To tutaj po raz pierwszy musieliśmy po cichu eliminować przeciwników, starać się jak najciszej, i bez zwracania na siebie uwagi Niemców, kraść dokumenty. Owszem, starcie bezpośrednie było możliwe, jednak Blazkowicz nie był wtedy jeszcze jednoosobową armią, tak jak to miało mieć miejsce w dalszej historii serii. Żeby wydostać się z zamku Wolfenstein, musieliśmy korzystać z różnorakich sztuczek, na przykład przebierać się w mundury SS, wrzucać granaty do pomieszczeń czy strzelać z broni. Niezwykle rozbudowany i inteligentny tytuł jak na 1981 rok i sprzedający się tak dobrze, że doczekał się swojej kontynuacji.

BEYOND CASTLE WOLFENSTEIN (1984)

Po ciepłym przyjęciu poprzedniczki, wydanej na komputerach Apple II, Commodore 64 i PC (MS-DOS), firma Muse zdecydowała się na rozwinięcie tej opowieści na dokładnie tych samych platformach. Z racji tego, że produkcja zaczęła się cieszyć uznaniem, twórcy zdecydowali się na odważny krok, który już na zawsze zmienił oblicze Wolfensteina. O ile w „jedynce” można mówić o jakichś tam realiach, o tyle dwójka stała się alternatywną wersją historii świata. Mechanizmy i grafika pozostały bez zmian, ale zamiast kraść dokumenty, teraz musieliśmy zabić samego Adolfa Hitlera, który ukrywał się przed światem w bunkrze w Berlinie. Celem gry było oczywiście wyeliminowanie jak najbardziej potajemnie całego personelu oraz podstawienie ładunków wybuchowych pod biuro Führera, w którym miało odbywać się spotkanie najwyższych rangą dygnitarzy III Rzeszy.

Ostatnie chwile Adolfa H.

Blazko – jak to Blazko – podołał zadaniu, jednak zupełnie inaczej niż twórcy gry. Pomimo dobrej sprzedaży tytułu, jak też zainteresowania, Muse Software upadło w 1987, a omawiany właśnie tytuł był ostatnim w ich portfolio. Sprawa mogłaby się zamknąć, a cała marka odejść w zapomnienie, gdyby nie zapał dwóch serdecznych przyjaciół.

WOLFENSTEIN 3-D (1992)

Nazwiska John CarmackJohn Romero na zawsze zmieniły przemysł growy. Założycie legendarnego id Software dali światu po raz pierwszy namiastkę czegokolwiek w pełnym kolorze prawie 3D. Wolf3D był swego czasu traktowany trochę tak, jak dzisiaj ujmowane jest GTA V – produkcję, w której możesz zrobić kompletnie wszystko i tylko twoja własna wyobraźnia stanowi jakiekolwiek ograniczenia. Carmack odpowiedzialny był za całe programowanie tytułu, który w 1992 był jedynym FPS-em ocierającym się w ogóle o temat wojny. Czasy świetności Call of Duty czy Medal of Honor miały dopiero nadejść, ale to właśnie Wolfenstein w nowych szatach po raz pierwszy dał nam radość z zabijania nazistów, która trwa po dziś.

Samo zagranie marketingowe nazwą było strzałem w dziesiątkę. Te prawie 30 lat temu największą plotką i największym niedowierzaniem w oczach graczy było pojęcie trójwymiarowości. Każdemu wydawało się, że będzie to odległa przyszłość, wymagająca nie wiadomo jak dużego postępu. Id Software udało się jednak… oszukać wszystkich. Owszem, wrażenie trzeciego wymiaru poprzez przedstawienie gry z perspektywy oczu bohatera czy swobodne przemieszczanie się po korytarzach mogło budzić takie wrażenie; ale żeby być szczerym, Wolfenstein 3-D tak naprawdę jest w 2,5D. Niemniej takie zagranie nazwą poprzez leciutką sugestię, że jest to trzecia część cyklu, jak też ten upragniony, święty Graal publiki, sprawiły, że tytuł już przed premierą budził zainteresowanie. Jak się okazało, najlepsze było dopiero przed nami.

Gra od początku wzbudziła dosyć duże kontrowersje i dyskusje. Tutaj bezpardonowo pokazywano swastykę, wizerunek Führera, no i może co najbardziej wzbudzające ówczesne oburzenie – zabijało się zwierzęta. Esesmani, broniący Hitlera w zamku, mieli czasem na uprzężach psy, które spuszczali, gdy nas zobaczyli. My, oczywiście musieliśmy je pacyfikować w obronie własnej, co jednak nie do końca podobało się opinii publicznej.

Zarys produkcji był prosty: wybicie całego kompleksu Wolfenstein i pokonanie Adolfa Hitlera w wielkim finale. Tak, skończyło się już skradanie. Teraz byliśmy prawdziwą maszyną do zabijania, która, żeby zbliżyć się do Kanclerza Rzeszy, musiała przejść 60 poziomów, podzielonych na epizody. Produkcja zawierała także dodatkowe, które były jednak ukryte i można było je pominąć. W jednym z takich Blazkowicz mierzy się z… duchami z Pac-Mana. Tak, już nawet wtedy istniały easter eggi.

Do historii przeszło także końcowe starcie z Hitlerem, które – mówiąc najprościej – do najłatwiejszych w życiu nie należało. Wódz Rzeszy, którego historia raczej przedstawiała jako chuderlaka, w dodatku bardzo chorowitego, w growym wydaniu był uzbrojonym w miniguny, zmodyfikowanym genetycznie robotem. Brzmi dosyć znajomo, jak pomyślimy o dzisiejszym Wolfensteinie, prawda?

Podsumowując, był to produkt na swoje czasy rewelacyjny i odkrywczy – najlepsza na rynku oprawa graficzna, kontrowersje, kpienie w pewnym stopniu z poprawności politycznej, dobry marketing oraz pionierstwo, jeśli chodzi o współcześnie rozumiane strzelanki z perspektywy pierwszej osoby, sprawiły, że tytuł stał się inspiracją dla wszystkich kolejnych. To Wolf3D ustanowił wzór FPS-a, którym posługiwali się nie tylko autorzy Dooma i Quake’a – z tej samej firmy zresztą, czyli id Software – ale i twórcy innych strzelanek. Jak zdarza mi się pojawiać na tych wszystkich konwentach, to po dziś w dziale gier retro znaleźć mogę starego, poczciwego Wolfensteina 3D, który nadal budzi zainteresowanie graczy. Jeśli nie graliście, a kochacie FPS-y, to warto zobaczyć, od czego wszystkiego się to zaczęło.

SPEAR OF DESTINY (1992)

W id Software, po sukcesie trzeciej odsłony przygód amerykańskiego żołnierza polskiego pochodzenia, zapanowała wielka radość i ekscytacja. Raczkujące studio miało za sobą wielki hit, który sprzedał się w bardzo dużym nakładzie, a media z całego świata rozpływały się nad pomysłowością i przełomem, jaki tytuł spowodował. Romero i Carmack stwierdzili więc, że chętnie zarobią jeszcze raz na tym samym. Spear of Destiny – ponieważ wydane ledwo na kilka miesięcy po Wolfensteinie 3D – było praktycznie kopią tego samego. Owszem, wymyślono bardziej rozbudowane poziomy i nowych bossów, ale to nadal był kropka w kropkę Wolf3D. Fabuła jest trochę inna, bo zamiast zlikwidowania słynnego austriackiego akwarelisty, musieliśmy ukraść artefakt o nazwie „Włócznie Przeznaczenia”, co było oczywistym nawiązaniem do dwóch pierwszych odsłon Wolfensteina. Ta produkcja z jednej strony była skokiem na kasę, ale z drugiej ciekawym rozwinięciem swojego poprzednika. Warto zagrać, jeśli polubiliście Wolfa3D – ale nie powinniście czuć się niczym większym zaskoczeni.

Po tym tytule, nad ponurym zamczyskiem Wolfenstein zasłona spadła na prawie 10 lat. Co działo się później? To już w następnym Retromaniaku, za tydzień. Trzymajcie się ciepło, a ja zapraszam na naszego Facebooka, YouTube’a i do uczestnictwa w dyskusji na naszej portalowej grupie. Do zobaczenia.

A imię moje 40 i 4.... witam w mojej kuchni, nazywam się Don Mateo i będę waszym podróżnikiem w czasie, który z mroków historii przypomni najlepsze/najbardziej pamiętne/najgorsze gry w historii, w moim małym kąciku o nazwie ,,Retromaniak".Na ekranach waszych monitorów, będę też widniał jako felietonista, więc nie regulujcie odbiorników. Prywatnie, jestem wielkim fanem rocka i metalu, studiuję dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim.

Don Mateo

A imię moje 40 i 4.... witam w mojej kuchni, nazywam się Don Mateo i będę waszym podróżnikiem w czasie, który z mroków historii przypomni najlepsze/najbardziej pamiętne/najgorsze gry w historii, w moim małym kąciku o nazwie ,,Retromaniak".Na ekranach waszych monitorów, będę też widniał jako felietonista, więc nie regulujcie odbiorników. Prywatnie, jestem wielkim fanem rocka i metalu, studiuję dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim.