FILMOGRANIE #8: Jumanji: Welcome to the Jungle

Jumanji to niewątpliwie tytuł legendarny, jeśli chodzi o kino domowe rodem z VHS. Która osoba, będąc dzieckiem w latach 90., nie pamięta klasycznej opowieści z Robinem Williamsem w jednej z ról głównych? Marka, chociaż zapomniana, wydaje się kultowa i poprzez swoje efekty specjalne, jak też poziom realizacyjny, po dziś dzień można spotkać ją w różnych serwisach streamingowych czy komercyjnych telewizjach.

Wydawać by się mogło, że kontynuacja tego tytułu nie ma większego sensu, jednak po dwudziestu latach od premiery pierwszej części Jake Kasdan zdecydował się na powrót do tytułu, tylko zamiast umieszczenia akcji w grze planszowej, przeniósł realia rozgrywki do gry komputerowej. Jak wyszło? Zapraszam na kolejny już odcinek Filmogrania, w którym przyjrzymy się jednej z nowszych premier filmowych. Zapraszam do lektury.

YOU KNOW WHERE YOU ARE? YOU’RE IN THE JUNGLE BABY

Do kina szedłem bez większych oczekiwań. Ot, niestojąca na wysokim poziomie komedia familijna z Dwayne’em „Rock” Johnsonem w obsadzie, na którą przed premierą spadło dużo słów krytyki. Niektórzy poczuli się bardzo oburzeni istnieniem w obsadzie wymienionego przeze mnie aktora, sugerując, że jest to obraza względem świętej pamięci po Robinie Williamsie. Ja jednak tak tego nie odbieram, bo, po pierwsze, Rock gra zupełnie inną postać, a po drugie, jest to odnowiona wizja uniwersum tej gry, więc należało zostawić twórcom pełne pole do popisu. O ile ja sam za rolami Johnsona nie przepadam i wiem, czym mogą skutkować (dla niewtajemniczonych, aktor i celebryta znany jest głównie z cyklu „Szybcy i Wściekli”, jak też z negatywnie przyjętej przez audiencje kreacji w Słonecznym Patrolu), o tyle tutaj bawiłem się bardzo dobrze, a wynikało to z wielu rzeczy.

Opowieść zaczyna się tam, gdzie się skończyła. W 1996 roku przypadkowo zostaje znaleziona planszowa wersja Jumanji. Znalazca nie jest jednak zafascynowany – i nic dziwnego: wtedy już rządzą takie platformy jak PlayStation, Sega Dreamcast i inne. Niepozorne pudełko wydaje się jednak być przebiegłe i dostosowuje się do oczekiwań potencjalnej ofiary, zmieniając się w kartridż do konsoli NES (polscy gracze kojarzą takie rzeczy głównie z Pegazusa) i przenosi chłopaka do świata gry. 20 lat później czwórka uczniów amerykańskiej szkoły znajduje ową konsolę i żeby rozerwać się w trakcie szlabanu, przystępuje do rozgrywki. Poziomem realizacyjnym Jumanji prezentuje się rewelacyjnie i w sposób inteligentny kpi i wkłada szpile produkcjom gier z lat dziewięćdziesiątych: mamy bezmyślnych NPC-ów, dramatyczne cut-scenki, przerysowane sceny walki, jak też specjalne zdolności bohaterów, które bawią na zasadzie dużego kontrastu (ale nie chcę mówić, o co chodzi, żeby wam nie zaspoilerować). Dobre jest stanowczo to, że kwestie gier są wytłumaczone w przystępny sposób, dzięki czemu moi rodzice czy siostry, którzy – mówiąc najprościej – unikają takiej tematyki, bawili się dobrze i zrozumieli, o co chodzi. Na wielki plus zaliczyłbym też grę aktorską, każda z postaci wypada przekonująco. Nawet taki Nick Jonas gra całkiem dobrze, a szczerze mówiąc, nie jest to ani wybitny aktor (Jonas Brothers z anteny Disney Channel to nie tak dużo jednak), więc Rock Johnson, Jack Black, Kevin Hart czy Karen Gillian, co dziwne, regularnie podnoszą poziom, pomimo iż są to wątpliwej klasy osobistości dla kina, kojarzone głównie z nieskomplikowanych komedii albo blockbusterów. Ich sceny akcji, bardzo wciągające ujęcia przy pomocy CGI czy w końcu dobry soundtrack stworzyły, w mojej opinii, bardzo pozytywne wrażenie i dopiero po seansie zrodziło się we mnie jedno, ale za to wielkie, „ale”.

FILM A SPRAWA POLSKA

Pomimo, że nawet bawiły mnie dialogi, to bardzo żałuję, że nowe Jumanji weszło do kin w wersji wyłącznie zdubbingowanej, przez co do końca nie jestem w stanie wystawić filmowi oceny jako całości dzieła. Mogę więc powiedzieć coś o poziomie efektów audiowizualnych, ale nie jestem w stanie powiedzieć za dużo o tym, jaki był zamysł twórcy i scenarzystów. O ile w polskiej wersji językowej występuje trochę mniej bardziej wyrafinowanych żartów, które czasem budzą zażenowanie i są bliskie typowych skeczy z festiwalu z Opola, o tyle nie mogę stwierdzić, czy w wersji oryginalnej tekst jest lepszy i jak bardzo polscy dubbingujący oddali założenie twórców. Jumanji wywołało dosyć dużą dyskusję na temat dystrybucji filmów w Polsce i czy opłacalne są jeszcze w ogóle seansy z napisami zamiast dubbingu. Moim zdaniem, są one potrzebne, gdyż wtedy i dopiero wtedy zyskujemy pełnowymiarowe dzieło. W przypadku Jumanji czuję się trochę ograbiony, ale z drugiej strony, obraz był przyswajalny przez wszystkie masy, co jest zrozumiałym zagraniem dystrybutora. Polemika na ten temat będzie pewnie nie raz jeszcze wracać do mainstreamu. Mimo to z chęcią zobaczę Jumanji: Przygoda w Dżungli jeszcze raz, tylko po angielsku, ale na to będę musiał poczekać do wydania DVD bądź na internecie w usługach streamingowych.

PODSUMOWANIE

Jumanji: Przygoda w Dżungli to udane połączenie kina familijnego i komedii, jak również akcji. Udana gra aktorska i parodia gier pokroju Lary Croft z lat 90. z niebanalnymi efektami specjalnymi daje ciekawy miks, który zapamiętam przynajmniej w porównywalnym stopniu, co wersję z 1995 roku. Pomimo że obecna wersja jest skierowana przede wszystkim do młodego odbiorcy oraz występuje w nim lekko żenujący i przerysowany obraz dzisiejszej młodzieży, to film jednak nie bawi się w narrację pokroju „Kiedyś to było, teraz to nie ma”. Wy też nie wyznawajcie tej filozofii i zaufajcie tej pozycji, bo możecie być zaskoczeni w bardzo miły sposób.

I to tyle na dziś, Moi Drodzy, trzymajcie się ciepło; ja zapraszam na naszego Facebooka, YouTube’a i do uczestnictwa w dyskusji na naszej portalowej grupie. Do zobaczenia.

A imię moje 40 i 4.... witam w mojej kuchni, nazywam się Don Mateo i będę waszym podróżnikiem w czasie, który z mroków historii przypomni najlepsze/najbardziej pamiętne/najgorsze gry w historii, w moim małym kąciku o nazwie ,,Retromaniak".Na ekranach waszych monitorów, będę też widniał jako felietonista, więc nie regulujcie odbiorników. Prywatnie, jestem wielkim fanem rocka i metalu, studiuję dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim.

Don Mateo

A imię moje 40 i 4.... witam w mojej kuchni, nazywam się Don Mateo i będę waszym podróżnikiem w czasie, który z mroków historii przypomni najlepsze/najbardziej pamiętne/najgorsze gry w historii, w moim małym kąciku o nazwie ,,Retromaniak".Na ekranach waszych monitorów, będę też widniał jako felietonista, więc nie regulujcie odbiorników. Prywatnie, jestem wielkim fanem rocka i metalu, studiuję dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim.