FILMOGRANIE #6 – ASSASSIN’S CREED

.Assassin’s Creed to niewątpliwe jedna z bardziej chodliwych i charakterystycznych marek biznesu gamingowego. Tegoroczna premiera AC: Origins po raz kolejny udowodniła, jak mocno, pomimo krytyk na przestrzeni lat, seria się trzyma.

Pod koniec ubiegłego roku w światowych kinach swoją premierę miał film, który odnosił się do historii od lat pisanej przez Ubisoft. Czy było warto? Jak wyszło? Zapraszam do kolejnego odcinka Filmogrania.

JAK W PORACH ROKU VIVALDIEGO…

Za produkcje filmu odpowiedzialne było 20th Century Fox… wraz z Ubisoftem oczywiście. Role wyreżyserowania obrazu powierzono Justinowi Kurzelowi – młodemu, australijskiemu, obiecującemu reżyserowi, który w portfolio posiadał już bardzo udaną adaptację „Makbeta” Williama Szekspira. Wystąpił w niej m.in. Michael Fassbender. Czemu jest to takie istotne, zapytacie? Ponieważ właśnie ten aktor wcielił się w rolę Asasyna. Do obsady dokooptowano uznane, hollywoodzkie nazwiska w postaci Jeremy’ego Ironsa i Marion Cotillard, czyli zdobywców nagrody Oscara. Wszystko zapowiadało wielki, kinowy przebój, albo przynajmniej udane kino akcji. Niestety, tak się nie stało.

ZMIENIA SIĘ ŚWIATŁO W TWOICH OCZACH

Fabuła w generalnym zarysie przypomina to, co znamy z gier komputerowych. Callum Lynch zostaje porwany przez potężny zakon templariuszy. Celem uwięzienia było umieszczenie go w animagu – wynalazku pozwalającym na odtworzeniu wspomnień przodków. Wszystko to w celu znalezienia pewnego bardzo ważnego artefaktu, bowiem bractwo dowiedziało się, że przodkiem Lyncha był słynny, hiszpański asasyn, który żył w czasach Inkwizycji – Aguilar. O ile więc można przypuszczać, że do tego momentu twórcy wiedzieli, co robią, o tyle później jest tylko gorzej.

Przez cały obraz widać jak wielkie tarcia musiały być miedzy Ubisofem a 20th Century. Film nie ratuje się bowiem ani w warstwie fabularnej, która po wprowadzeniu się zaczyna się rozmywać, ani w scenach akcji, które pomimo swojej żywiołowości są mocno przerysowane. Pamiętacie kiczowate produkcje z Jean-Claude Van Dammem albo Stevenem Seagalem z lat 80. i 90, gdzie argumentem na wszystko były sztucznie ulepszane sceny walki? To ten film zachowuje się dokładnie w ten sam sposób, a może nawet i w gorszy, bowiem tytuł ten traktuje się w stu procentach poważnie.

Nie znajdziecie tutaj miejsca na rozluźniający dialog lub scenkę, która mogłaby wprowadzić trochę klimatu czy poczucia humoru. Autorzy postawili jasno na jak największą ilość scen akcji, które po dłuższym czasie już zaczynają nudzić, gdyż nawet nie jesteśmy w stanie polubić, czy chociaż poznać bohaterów filmu. Swoją wizję względem obrazu miał też reżyser, którego pomysły kończą się na malowniczym pokazaniu otoczenia XV-wiecznej Hiszpanii. Przypomina to trochę jego założenia, jaki przybrał przy kręceniu „Makbeta”, ale muszę przyznać mu racje i to plus kostiumy tworzy najlepsze, co film ma sobą do zaoferowania.


Jeśli chodzi o samą grę aktorską, to słowo „poprawnie” powinno wystarczyć, jako generalny opis zachowania ekipy aktorów – Fassbender z jednej strony powtarza swoją rolę z „Makbeta”, ale przy ekranizacji nie powinno być to tak istotne, bowiem to absolutnie inne postacie. Niemniej, o ile w przypadku roli szkockiego rycerza możemy mówić o idealnym wpasowaniu się w postać, o tyle tutaj nie jesteśmy w stanie wczuć się w jego losy. Film też odrzuca jedną kwestią, na ekranie przewala się mnóstwo kurzu. Nie wiem, co mieli twórcy na myśli w tym momencie — chcieli bardziej oddać „historyczność” tych realiów? Zrobić produkcję jeszcze bardziej widowiskową? Brud wylewający się ekranu po pewnym czasie robi się po prostu groteskowy. Leciutko na plus wybijają się nawiązania do gier z serii, ale nie byłyby one potrzebne i też nie wnoszą dużo do samej fabuły. Ot, sympatyczne easter-eggi.

PODSUMOWANIE.

Niech za samą kwintesencję filmu świadczą słowa Aymara Azaïzia, dyrektora ds. marki Assassin’s Creed w Ubisofcie, który stwierdził, że film, będący „zupełnie nową historią, z nowymi bohaterami pojawiającymi się w naszym uniwersum”, daje możliwości, żeby pojawiły się w nim „pewne znane twarze”. Szkoda tylko, że te postaci są nudne, nijakie i nie wnoszą absurdalnie nic. Z jednej strony wielkim problemem jest zderzenie się wizji Ubi — które chciało zrobić film dla graczy, jak też 20th Century, które miało ambicje stworzyć film dla każdego, niezależnie od tego, czy grał w jakikolwiek tytuł z serii. Powstała smutna wydmuszka i abominacja, która jest krytykowana nie mniej, niż powtarzalne gry z tej marki właśnie. Jeśli lubicie niezbyt skomplikowane filmy akcji, to potencjalnie będziecie się bawić tutaj dobrze: dużo akcji i efektów specjalnych może nawet sprawić wrażenie udanej produkcji. Jeśli jednak siedzicie w uniwersum, to możecie się poczuć wręcz obrażeni przez uproszczenia fabularne.

Pomimo jawnie zmarnowanego potencjału, film sprzedał się dobrze, zarabiając na siebie. W marcu 2016 Daphne Yang, dyrektor generalny tajwańskiej firmy CatchPlay będącej współproducentem filmu, stwierdziła, że New Regency rozważa stworzenie serii filmowej, jako że oparty jest on na „odnoszącej sukcesy serii gier Ubisoftu i stanowi idealny materiał na kontynuację”. Planowane są dwa kolejne filmy, z których koncept pierwszej powstał już w trakcie produkcji Assassin’s Creed. Czy do tego dojdzie po blamażu pierwszej części? Czas pokaże, miejmy nadzieje, że wyjdzie to na zdrowie.

I to tyle na dzisiaj, dziękuje za uwagę, do zobaczenia w tej serii za dwa tygodnie. Zapraszam także na naszego Facebooka, YouTube’agrupkę dla fanów portalu. Do zobaczenia!

A imię moje 40 i 4.... witam w mojej kuchni, nazywam się Don Mateo i będę waszym podróżnikiem w czasie, który z mroków historii przypomni najlepsze/najbardziej pamiętne/najgorsze gry w historii, w moim małym kąciku o nazwie ,,Retromaniak".Na ekranach waszych monitorów, będę też widniał jako felietonista, więc nie regulujcie odbiorników. Prywatnie, jestem wielkim fanem rocka i metalu, studiuję dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim.

Don Mateo

A imię moje 40 i 4.... witam w mojej kuchni, nazywam się Don Mateo i będę waszym podróżnikiem w czasie, który z mroków historii przypomni najlepsze/najbardziej pamiętne/najgorsze gry w historii, w moim małym kąciku o nazwie ,,Retromaniak".Na ekranach waszych monitorów, będę też widniał jako felietonista, więc nie regulujcie odbiorników. Prywatnie, jestem wielkim fanem rocka i metalu, studiuję dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim.